muncia.blog.pl


rites de passage

Listopad miesiącem przemian.

Mój ojciec przestał być abstynentem, ja poszłam do kosmetyczki, a Dziadzia do nie-gejowskiej sauny.

życie jest pełne niespodzianek.
muncia | 2009-11-11 | skomentuj
.

Oczywiście już mi przeszło, ale nie usunę tamtej notki, bo jest zbyt zabawna.

Choć tak na marginesie, to parę osób faktycznie wypieprzyłam ostatnio z komórki.

muncia | 2009-11-10 | skomentuj
świat zmierza ku zagładzie

Generalnie świat działa tak.

Jeden typ mężczyzn poluje na mamuty. Ponieważ upolowanie mamuta wymaga pewnej biegłości, pierwszych parę  lat prób uwieńczonych jest fiaskiem. Przez ten czas mężczyzna żyje na garnuszku kobiety, która karmi go zebranymi przez siebie korzonkami (wkrótce, zapewne z nudów, kobieta wynajdzie rolnictwo, ale to potem). W końcu mężczyźnie udaje się upolować mamuta. Doszedłszy do wniosku, że jest już biegłym myśliwym, uznaje, że nikogo w życiu nie potrzebuje i odchdzi wraz ze swoim mamutem w siną dal, wcześnej - rzecz jasna - odwdzięczając się kobiecie za opiekę - ważąc w duchu korzonki uznaje, że i tak były niedosmażone, poza tym jako niskoenergetyczne warte są najwyżej pół trąby.


Drugi gatunek mężczyzn siedzi w jaskini i zadowala się malowaniem mamutów na skałach oraz kontemplacją ich. Takiego kijem nie wygonisz, żeby poszedł upolować kreta albo wiewiórkę.

Trzeci typ, pośredni, ponoć istnieje, ale nie spotkałam.

Sęk w tym, że ani jeden ani drugi nie nadaje się do wychowywania potomstwa i jest kobiecie na chuj, pun intented, potrzebny.

Ludzkie młode ma zbyt wielką głowę, odruch chwytny Robinsona w zaniku i na dodatek straciło w toku ewolucji (o ile można to tak nazwać) chwytność stopy. Nie utrzyma się matki. By prowadzić skuteczny chów człowiekowatych potrzebne są dwie pary rąk, i to jest właśnie główna pomyłka ewolucji.


Nie mam za złe mężczyznom, że lubią mamuty. O gustach, jak to mówią, się nie dyskutuje. Mam za złe matce naturze, że pozbawiła moje potencjalne młode przeciwtawnego palca u stopy.

Problem dałby się rozwiazać, gdyby ludzie żyli w dużych, ścisłych skupiskach. Wielkich rodzinach. Komunach. Niestety, jakoś nie chcą. Nikt mnie nie słucha, kiedy mówię, że to jedyna Słuszna Droga. Powinnam zostac prorokiem.

Jestem zła na siebie. Za to, że uwierzyłam, że ludzie potrafią stać się rodziną z wyboru. Że ludzie mogą na siebie liczyć. Że wystarczy powiedzieć: tak, będe o ciebie dbać, bo jesteś dla mnie cenny. I że do tego nie potrzeba więzów krwii ani papierów cywilnych. Wydawało mi się to takie logiczne, takie oczywiste. Wydawalo mi się, że mamy to zapisane w naszej biologii, zakodowane w genach. Przeciez tylko tak może przetrwać gatunek. Gdybyśmy mieli być samotnikami, jak żaby, nasze młode od razu umiałyby pływać. I miałyby ogonki. Wydawało mi się, że troska o siebie nawzajem jest podstawowym prawem natury.


Dwie osoby wyciągnęłam z załamania nerwowego. Takiego prawdziwego, godzin spędzonych na telefonie, kiedy ktoś miał doła, nie liczę.  Zarywałam zajęcia, bankrutowałam na telefonach. Kiedy trzeba było wypłakać się po byłym, dowiedzieć się, co oznacza skrót 1Kor albo sprawdzic pracę zaliczeniową, szło się do mnie. Kiedy znalazłam gotówkę na ulicy, kupiłam przyjaciołom obiad. Trochę śmieszne, że pamiętam o tym w tej chwili.

Ale kiedy sama mialam załamanie nerwowe, kiedy wrócilam na psychotropy, uodporniłam się na relanium, stilnox żarłam jak miętówki, gryzłam z rozpaczy własne ręce i bałam się wracać do własnego domu, nagle nie było nikogo.

Nie chodzi nawet o to, że ktoś się na mnie wypiął. Ludzie rzadko wypinają się wprost. Większość nie dopuściła do świadomości, że jest ze mną naprawdę źle i zwyczajnie poszła sobie, bo miała dość mojego zrzędzenia. Rozumiem, że byłam średnio ciekawym parterem do rozmowy, ale na litość boską, większość z nich  też nie jest Seneką.



popularny rysunek z groty skalnej w lascaux. Na pierwszym planie, prawdopodobnie dorysowany później, srający nosorożec. W głębi szaman z głową ptaka i fiutkiem w zwodzie, przydeptany przez bawoła, któremu wyciekają flaki.


muncia | 2009-11-10 | skomentuj
plusy mieszkania samemu.



1. można o 23.35 zrobić sobie popkorn i nikt na ciebie nie klnie
2. można śmierdzieć
3. można oglądać tvn 24 i nikt cię nie wyzywa
4. można przypalić piwo
5. można pójść samemu na imprezę nie tłumacząc się z tego

Można też co prawda umrzeć zaksztusiwszy się popkornem i przypalonym grzańcem oglądając o 12 w nocy tvn 24 i przez tydzień nikt cię nie znajdzie, ale załóżmy, że to się nie wydarzy.


muncia | 2009-11-07 | skomentuj
robienia sobie wrogów ciąg dalszy

Internet pełen jest idiotów. Media elektroniczne mają tą wadę, że weryfikują zdolności komunikacyjne człowieka wolniej, niż tradycyjne. Większość idiotów nie zdołałaby się z tobą skomunikować tradycyjnymi metodami. A internetem dają radę.

Zakładają, na przykład, sklep internetowy. Wysyłam więc ofertę ze zdjęciami ubrań w załączniku, z ich (szczegółowym) opisem zawierającym rozmiarówkę i rodzaj tkaniny w osobnym pliku, i grzecznie pytam, czy s&p jest zainteresowane współpracą. Odpisuje mi miła pani, stwierdzająca, że owszem, czemu nie. Pytam więc, co w związku z tym. A pani na to, że musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia ponownie. Pani milczy 3 miesiące. Pytam czy jest zainteresowana w dalszym ciągu, a ona, że chętnie, ale musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia po raz trzeci. W końcu udaje mi się ustalić, że koordynatorka jednego z największych w polsce  sklepu internetowego nie potrafi otworzyć winzipa. Wysyłam zdjęcia pojedynczo, razem z polikem zaiwerający (szczegółowy) opis. W mailu zwrotnym pani pyta, z jakiej tkaniny są ubrania. Kopiuję więc opis i wklejam w treść maila. Pani nie odpisuje. Pół roku później ponawiam próbę pisząc do samej szefowej, wysyłając zdjęcia i (szczegółowy) opis w załączniku. Pani odpisała, że chętnie, ale musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia załączone pojedynczo, a opis wklejam w treść maila. Pani, jak się słusznie domyślacie pyta o rozmiarówkę i - o zgrozo - o zdjęcia. Wysyłam je więc ponownie ze (szczegółowym) opisem, na zdjęciach getry, sukienki wieczorowe i podkoszulki. A pani pyta, czy mamy coś pret-a-porter. Odpisałam, że haute couture nie prowadzimy i chyba ją obraziłam, bo już nie odpisała.

Część sklepów internetowych nie odpisuje w ogóle, i tym jestem wdzięczna. Nie marnują mojego czasu.


Albo bulvar pl, który wyszedł z propozycją współpracy barterowej. Barter - czyli - wymiana. Ja coś daję, ty coś dajesz. Zaproponowałam, że jako zapalony i siedzący w branzy tekściarz dostarczę im z 5 tekstów na różne, co ważne, tematy. A oni zpytali, co z tego będą mieli.


Zdarzają się też detaliści-utopiści, którzy mailowy komunikat "uszyjemy dla państwa sklepu kilka egzemplarzy" odczytują jako "zostanie dla państwa zaprojektowana osobna kolekcja, na wyłączność państwa sklepu".  Oj, mówię wam, jaka potem była zabawa.  Słowo pisane jest medium dalece niedoskonałym.


Ogólnie rzecz biorąc tęsknię za czasami, kiedy interesy załatwiało się przy kawie. Co ja gadam. Przecież niecierpię kawy.
muncia | 2009-11-06 | skomentuj
są 2 możliwości


albo szlag trafił licznik odwiedzin, albo coś pomieszało się w googlach i mój blog wyswietla się po wpisaniu hasła "bezrobocie strukturalne".

muncia | 2009-11-06 | skomentuj
tak, tak
tak tak, kajam się i o wybaczenie proszę.

Nigdy nie byłam szczególnie dobrze zorganizowana, poza tym, jestem leniwa. I tak to cud, że zrobiłam takie piorunujące postępy w swoim życiu:
1. nie wpadam już w histerię częściej niż raz na 2 tygodnie.
2. przygotowuję reguralnie 6 wykładów tygodniowo
3. maluję paznokcie
4. zapisałam się do kosmetyczki O.O
5. Poszłam na halloween, grałam w bilard i tym razem udało mi się nie rzucić kijem.

czy wobec tak piorunujących postępów, można wymagać jeszcze ode mnie, bym pamiętała o aktualizacji bloga? Cały zapas bycia dowciapnym, mądrym zgrabnym i powabnym wykorzystuję przy studentach.
muncia | 2009-11-05 | skomentuj
jak stworzyć coś z niczego


Ostatnio przeżyłam swój malutki triumfik. Mianowicie udało mi się wmówić ludziom, że przedstawienie 12 ledwie zdjęć z jednej ledwie sesji prezentującej 8 ledwie strojów na jednej ledwie modelce, jest gleboko przemyślanym zamysłem, a nie pieczeniem trzech pieczeni na jednym ogniu. Wystawa prezentuje projekty Małolata w obiektywie O.

Chciałam zrobić mini-wystawkę zdjęć O., głównie, żeby pokazać temu nierobowi, z jaką łatwością można to zrobić.  Wystarczy znaleść odpowiednio zmotywowaną siłę roboczą ;p  Zaprzęgłam więc do roboty Małolata, mówiąc mu, że przecież to głównie jego wystawa. I w dwa dni wystawa była zrobiona. Małolat zadowolony, ja zadowolona, O. nie marudzi. Pozostało mi tylko wyjaśnić zgromadzonej publiczności (sporej, większej nawet, niż się spodziewałam), że nazwanie wystawki zdjęć wystawą projektanta, było jak najbardziej świadome i celowe. Khem Khem.


Sesja zdjęciowa przypomina plan filmowy. Tak, jak film, zdjęcie ma trzech zasadniczych twórców - projektanta, fotografa i modelkę. Projektant, odpowiednik scenarzysty, dostarcza materiału, na którym pracuje fotograf-reżyser. Tak, jak scenarzysta, projektant może więc albo poddać się wizji fotografa, albo próbować przeforsować własną.

Ponieważ żadne dzieło nigdy nie powstaje w próżni, tworząc kolekcję, projektant świadomie czy nie, umieszcza ją w określonym kontekście, wśród własnych skojarzeń, wspomnień i emocji. Fotograf, który dostając w swoje ręce ubrania najczęściej otrzymuje wraz z nimi jedynie strzępek kontekstu, zwykle buduje w oparciu o nie własną historię, i to ją chce opowiedzieć zdjęciem. Zdjęcie zawsze jest więc wynikiem pewnej małej wojny między znaczeniami nadanymi kolekcji przez projektanta i przez fotografa.

Modelka, jeśli jest dobrą aktorką, potrafi wejść w rolę, jaką nada jej reżyser-fotograf. Jeśli jest słabą aktorką, z sesji nic nie wyjdzie. Najpiękniejsza dziewczyna, pozbawiona zdolności aktorskich, nigdy nie zostanie profesjonalną modelką. Każda sesja zdjęciowa wymaga bowiem umiejętności pokazania ciałem tego, czego oczekują od modelki twórcy. Dziewczyna staje się elementem większej całości i od jej osobowości zależy, czy doda zdjęciu własnych znaczeń. Do dyspozycji ma ograniczone środki wyrazu - swoją mimikę, swoje ciało, spojrzenie. By grać bez słowa i ruchu, potrzebuje, bardziej niż aktorka, pełnej wiedzy i pełnej kontroli nad każdym milimetrem kwadratowym swojego ciała. Modelki nie mające tej umiejętności mogą - dzięki określonemu typowi urody i określonym nawykom prezentowania ciała - dobrze zagrać te role, które odpowiadają ich naturalnej postaci. Ale tylko prawdziwie utalentowana dziewczyna wcieli się w każdą postać, którą będzie miała zagrać.

Dopiero owocna współpraca albo równie owocna wojna między tymi trzema pozwoli stworzyć dobre zdjęcie.

podpisano
Muncia Zła
kurator wystawy




Wystawa wczoraj powinna zostać zdjęta, ale kierownictwo nie chce jej oddać. Używa jej do deprymowania Wrogów. Zapadła więc decyzja, że przewieszona zostanie jedynie w inne miejsce.


muncia | 2009-11-05 | skomentuj
;F

muncia | 2009-11-02 | skomentuj


Lista ludzi, którym ja kiedykolwiek pomogłam, i lista ludzi, którzy mi kiedykolwiek pomogli, ma najwyżej 10% punktów wspólnych.

Są to, oczywiście, bardzo ważne punkty wspólne. Większość listy zajmują swoimi grubymi dupami M. i O. Niemniej jednak, nawet kiedy uzna się mój wkład w korektę cudzych magisterek i tym samym dopisze się na listę kościstą dupę robalową (robaczaną?), to jest to lista bardzo krótka.

Z drugiej strony, trzeba przyznać, że to bezinteresowna pomoc smakuje najlepiej. Oczywiście, pod warunkiem, że jest się tej pomocy biorcą ;F 

żebym tak jeszcze nauczyła się bezinteresownie dawać. Nie marnowałabym dziś czasu na plucie emocjonalnym jadem na ludzi, którzy pięć lat temu kilka miesięcy żyli z mojej krwawicy.
 
muncia | 2009-10-27 | skomentuj
the best of


Miniony tydzień minął pod hasłem wykorzystywania iluzji optycznych w dizajnie i komunikacji wizualnej. Medale otrzymują:


1. reklama środka na pchły na podlodze centrum handlowego




2. superchłonna podpaska w umywalce






3. najseksowniejsze pięty świata


muncia | 2009-10-25 | skomentuj
na głowie kwietny ma wiaaaanek, w ręku zielooony badyyyylek


Ostatnio całkiem przyjemnie pracuje mi się nocą. Nikt człowiekowi nie przeszkadza, nie ma dystrakcji, na tvn24 same powtórki, a i siusia człowiek rzadziej. Wczoraj poszłam spać o 6 rano, dziś wieczór zdążyłam się już nawet upić i wytrzeźwieć, i teraz, pełna werwy, zabieram się do roboty. Serwuję sobie dziś sztukę starożytnego Rzymu. Wykład dla nieszczęsnego drugiego roku, grupy tak zblazowanej, że odbiera mi całą radość z roboty.

Kolega Po Fachu doradził mi, żebym zaczęła z nimi rozmawiać o seksie, może się ożywią. To samo parę godzin później doradził mi Mandi. Niestety, obaj panowie się spóźnili, opowiadałam im o historycznym kontekście pozycji seksualnych przez całe półtorej godziny i nikt się nie obudził. Wyobrażacie sobie, jak to deprymuje?

- A która to grupa? - upewnił się Kolega Po Fachu.
- Drugi rok dziennych.
- A, ci. Ostatnio żeby ich obudzić wziąłem rower i zacząłem jeździć dookoła sali.
- Zareagowali?
- Owszem. Jak na coś wpadłem.
Powtarzam: deprymujące.


Człowiek opowiada dwudziestolatkom o dziwkach, seksie, mordach i linczach, a ci się mnie pytają, kiedy zaczniemy mówić o sztuce.  Niech będzie, skoro im zależy. Poznają szczegułowo każdy składnik tego przełomowego w dziejach ludzkości betonu, którego Rzymianie używali do budowania swoich pięknych sklepień.


Ale zanim zabiorę się za porządkowanie notatek na wykład, chciałabym wreszcie podzielić się swoimi refleksjami na temat wiedzy, jaką dostarczył mi w ostatnich tygodniach style.com.

Właściwie nie ma tych refleksji aż tak wiele, oglądając kolekcje od przypadku do przypadku, najczęściej w pracy, nie wyrobiłam sobie jakiegoś ogólnego zdania. Zdążyłam zauważyć jedynie, że jest dużo, jakby to ująć, cięć.


1. Viktor i Rolfie pocięli sukienki
 
  


(technika!)


2. Maison Martin Margiela podciął sobie żyły i jest w trakcie wykrwiawiania się.

3. Watanabe najwyraźniej ciął koszty. Poza tym, nawet ja jestem  w stanie zauważyć, że kopiuje sam siebie i odcina, pun intented, kupony od sławy.


I tylko Lagerfeld dla Chanel nie ciął niczego. A powinien. Powinien podciąć sobie gardło albo pełnić honorowe harakiri w dniu, w którym TO przyszło mu do głowy:




Moja kochana  babcia siedząc w domu po operacji zrobiła dokładnie 230 identyczne kwiatki, nawet w podobnych kolorach, i teraz już nic nie powstrzyma jej od użycia ich. A byłam już prawie pewna, że uda mi się spacyfikować te plany. To wszystko twoja wina, Karl! 
 
Aż dziw bierze, że modelki nie miały ze sobą owieczek na smyczy.

Ależ ze mnie malkontent. Przemawia przeze mnie polonizm, cynizm i olgizm. Tak naprawdę podoba mi się ta kolekcja Watanabe i patrząc na tuniki w kratkę i obcisłe garniturki, zastanawiam się, kiedy będzie mnie na takie stać (prawdopodobnie nigdy, bo nim zarobię pierwszy milion, dwa wydam na dziecko. Cierpię na wrodzony matkopolanizm, to taka choroba przekazywana przez gen recesywny chromosomu X). Ale, poza tym, że ładne i zgrabne, one są, jakby to ująć, sztampowe. Choć może to nie fair co sezon oczekiwać od każdego Japończyka cudu jasnowidzenia.

Ciekawe, co się stało z Martinem Margielą. Myślę, że jest w niewoli u Palestyńczyków i trwają tajne negocjacje o jego uwolnienie.


 


muncia | 2009-10-21 | skomentuj
P.K.P.

w celu ustrzeżenia przed zapomnieniem, Robal smsujący z pociągu:


Prywatyzacja Kolei Pomoże
Przemyśl Konieczność Podróży
Podgrzejemy Kutasy Pasażerom
Po Kiego Płaciłeś
Pizdy Kusząco Przyrumienione
Pojebani Konduktorzy Przygrzeją
Pocierpieć Każdy Powinien
Piekielne Katusze Poznacie
Pot Każdemu Pasuje
Pachnie Kurewsko Przyjemnie
Pierdol Koleje Panie
Posróżnych Każemy Profesjonalnie
Przyszedł Kres Pasażerze!
Poszedłbyś Kurwa Pieszo!!!


muncia | 2009-10-21 | skomentuj
chce taki.
stojak na butelki do wina autorstwa shahara pelega.  Kosztuje tylko 49 dolców. A podobno gość sprzedaje in small amounts. Tjaa.


 




5 minut później:
update. Poszukując zdjęć które mogłyby mi przybliżyć zasadę działania urządzenia (środek ciężkości, równowaga masy, blablabla.  zawsze byłam kiepska z fizyki), natknęłam się na pewną japońską stronę. Bo Shahar Peleg oczywiście żyje głównie z Japończyków. Strona może i japońska, ceny może i w jenach, ale detal ewidentnie polski. Chciałoby sie powiedzieć: nasi tu byli.


muncia | 2009-10-20 | skomentuj
człowiek-golarka

Oglądałam nowoczesne wózki inwalidzkie (nieważne) i nadziałam się na jeden z symptomów końca świata.

Człowiek, który zrósł się z gilette. Beware.





Wkrótce ta gilette zeżre go w całości, co widać po tym, że w chwili zrobienia zdjęcia zaczyna podgryzać krawat. Ludzkość jest w niebezpieczeństwie, zbliża sie dominacja maszyn!


muncia | 2009-10-10 | skomentuj
.

na uczelni mają bardzo specyficzny system dystrybucji papieru toaletowego. Mianowicie. Wielka rolka papieru toaletowego zawieszona jest nie w kabiniach, ale przed kabinami. Dziś przekonałam się jak bardzo utrudnia to zmianę decycji o charakterze wizyty w toalecie w trakcie jej trwania.


muncia | 2009-10-10 | skomentuj
kupa!
Mniej więcej do epoki modernizmu sztukę utożsamiano chyba z pięknem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Może nie zawsze i wszędzie różnicowano jakościowo malarstwo względem garncarstwa czy szewstwa, ale piękno doceniano zawsze - piękno, harmonię, ład i przyjemność dla oka. Dlatego właśnie, kiedy już artystom udało wybić się na niepodległość, nazwali swoją dziedzinę sztukami pięknymi - w odróżnieniu do sztuk - czyli umiejętności - pospolitych, takich jak wspomniane garncarstwo choćby. I co, dupa, ledwo dorobili się własnej nazwy, już należało ją zredefiniować, wprowadzając dodatkowy zamęt w podręcznikach (i dając mi stuprocentową pewność, że z wyjaśnieniem ledwo czterech pojęć - sztuka, piękno, design i wzornictwo, nie wyrobię się na jednym wykładzie). Bo sztuka nie musi być piękna.

Tak naprawdę istotne są dziś dwie definicje sztuki, dodajmy, sprzeczne. Raz - sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Dwa - sztuką jest to, co ogół ludzi sztuki, czy szerzej mówiąc, odbiorców, za sztukę uzna. W praktyce rozchodzi się o to, czy jeśli ja zrobię kupę na środku ratusza i pokoloruję ją sprayem na różowo, to będzie to sztuka. Bo jeśli wydalaczem kupy będzie Terrence Koh, jest duża szansa, że pomysł chwyci. Jeśli uznamy, że kupa kupie nierówna, analogicznie, gdyby monę lisę namalował nie da vinci, ale dziadek tadek, który trzymałby ją w piwnicy, mona lisa nie byłaby dziełem sztuki. Musimy więc chyba z bólem uznać demokratyczną równość kolorowych kup.

Blog.pl (co za nowoczesne medium informacji) poinformował mnie, że w Zachęcie - zapewne jako element multimedialnej instalacji, zakładając że samo słowo instalacja reguralnie poszerza swoje znaczenie - wyświetlany jest pierwszy w Polsce gejowski film porno. Radziejowski zrobił z niego element wystawy złożonej niemal w całości z zawartości magazynów Zachęty (rozumiem, że film też się w nich znajdował).  W związku z tym toczy się polemika, czy jest to sztuka, czy nie jest to sztuka. Ogół społeczny uznał, że i owszem. Radując się otwartością umysłów polskiej młodzieży, wszystkich wielbicieli równouprawnienia kup zapraszam więc do obejrzenia równouprawnionych polskich gejowskich fiutków, na stronie xtube.com można nabyć film starszy od tego wyświetlanego o dwa lata. Jeśli Radziejowski myślał, że uda mu się wmówić opinii publicznej, że jest to pierwszy  taki film, to z całym szacunkiem, facet musi być hetero.
muncia | 2009-10-08 | skomentuj
diane

tego się nie da nie zacytować:



"kiedy Diane zapytała londyńskiego projektanta Amechi Ihenacho, czy może przymierzyć jego sukienkę, zakładałem, że się najpierw rozbierze. Zamiast tego, Diane włożyła sukienkę na siebie i była ze swojego wyglądu całkiem zadowolona. Tak czy siak, zawsze myślałem, że żeby zobaczyć Diane ubraną na żółto, trzeba zażyć kwas."




a ja myslałam ze moje zycie jest ciężkie.


muncia | 2009-10-08 | skomentuj
top 5

Wielkie oczy to atrybut całkiem niedużej części posążków sumeryjskich. Ta maniera trwała krótko, no, może 200 lat. Właściwie trudno mi tu mówić o oczach, wygląda to trochę tak, jakby w figurce o wysokości dwulitrowej koli odciskali jako oczy denka butelek po litrowym piwie. Wszystko wskazuje na to, że denka od butelek znano przed butelkami, tyle że używano ich do innych zastosowań.

A teraz, w ramach podpadania nowym szefom, top five z uczelni.

1. 29 września opracowano w końcu plan. Celem możliwie dużego cięcia kosztów, na wykładzie z psychofizjologii połączono wszystkie cztery grupy - wzornictwo dzienne, wzornictwo zaoczne, architekturę wnętrz dzienną i zaoczną - w jedną, i dali mi ją na jeden wykład - piątek, godzina 15, żeby dzienni nie mogli pojechać do domu na weekend o przyzwoitej porze, a zaoczni musieli wziąć wolne z pracy.  Celem sprawniejszej organizacji pracy, ustalono, że wzornictwo dzienne godzin zajęć będzie mieć 30, zaocznie - 20 (będzie przychodzic tylko w czasie zjazdów), architektura dzienna - 15 (będzie przychodzić na każdy wykład, ale wychodzić w połowie), a architektura zaoczna - 10 (bedzie przychodzic na co drugi wykład i wychodzić w połowie). Na koniec wszystkim zrobić mam egzamin, ustalę więc, dla przyzwoitości, że dane grupy odpowiadać bedą kolejno na 30, 20, 15 i 10 pytań, pierwsza z nich będzie znać całą budowę oka, druga będzie wiedzieć, co pływa w środku, trzecia będzie znać budowę siatkówki, a czwarta położenie nerwu wzrokowego. Znakomite zmotywowanie młodzieży do pracy zespołowej.

2. 30 września zmieniono plan
3. 1 pażdziernika zmieniono plan ponownie. Niestety, moje wykłady bez zmian.
4. 2 października. Postanowiłam podejść do sprawy metodycznie i zwolnić architekturę z psychofizjologii. Zamiast tego mają przyjsć wczesniej na wykład z architektury. W pół godzinki zrobimy więcej, niż w chaosie ogólnym w 70-osobowej grupie według pierwotnego planu. Jest jeden haczyk. Wykład z architektury odbywa w piątek o 20. To znaczy, mogę chyba założyć, że się nie odbywa. No chyba, że zrobię listę obecności. Ale nie zrobię. Też chcę isć wcześniej do domu.

5. Wczoraj miałam okazję przypomnieć sobie jedno z praw obyczajowych wyznawanych przez studentów: jeśli godziny rektorskie trwają do 16, a wykład rozpoczyna się według planu o 15.50, to znaczy, że wykładu nie ma. Sama też wyznawałam to prawo i cieszę się, że kultywuje się tradycje przodków.

czekając na studentów, którzy trzykrotnie się nie pojawili, miałam okazję posprzątać w torebce:



Einstein miał rację, przestrzeń jednak JEST rozciągliwa.





a poza tym, oglądam style.com. w modzie chyba naprawde panuje recesja.


muncia | 2009-10-04 | skomentuj
.

malcu próbował mi wcisnąć kota. skończyło się na tym, że jestem szczęśliwą posiadaczką nowego pluszowego misia.

Przerwa w nadawaniu. Mam 7 półtoragodzinnych wykładów do przygotowania, a wątpię, żeby któregoś z moich szacownych czytelników interesowała sztuka sumeryjska.


muncia | 2009-09-25 | skomentuj
wieś.


Udało mi się w końcu - z pomocą Malca - opróżnić weselną wódkę. Malcu jest teraz panią na włościach, jest wieś, jest zagroda, a w niej normalnie wszystko co człowiek mógłby sobie wymarzyć - chałupa się chwieje, konie co noc rozwalają poidło i zalewają stajnię, koty miałczą, psy wyją, miasto chce puścić obwodnicę przez środek. Klasyka gatunku. Jest nawet świnka wietnamska (gruboskórne, kurduplowate obrzydlistwo), którą Malcu wygrał na wiejskiej loterii pod Kaliszem (więc istnieją takie loterie). Gruboskórność świnki wychodzi na jaw choćby przy okazji zabiegu głaskania, który odbywa się z pomocą metalowego prętu, normalnie służącego do zamykania boksu. Malcu szoruje prętem po śwince, a świnka kwiczy z rozkoszy.

Podobno świnie to bardzo mądre stworzenia. Tak twierdził niegdyś znajomy M., szczęśliwy posiadacz świnki o imieniu Malwinka. Malwinka, teoretycznie wietnamska, technicznie okazała się być chińską podróbką. Wzięła, i urosła do rozmiarów pełnowymiarowej, dwustukilowej maciory. Jak pech to pech. Mądrość Malwinki objawiała się daleko posuniętą złośliwością i czerpaniem wyraźnej radości ze straszenia ludzi. Osobiście nie chciałabym, aby dwieście kilo żywej wagi było wobec mnie złośliwe. Jestem jednak w stanie zrozumieć, że uwięziona na I piętrze Malwinka (za młodu była ponoć w stanie schodzić po schodach, ale się spasła) musiała sobie czymś życie urozmaicić.

M., będąc człowiekiem o wielkim sercu dla wszelkich zwierzątek i kwiatków oraz o równie wielkiej wrażliwości na smród, chciał dla wspólnego dobra przetransportować świnkę-malwinkę na parter, niestety okazało się to niemożliwe bez zaangażowania środków usypiających, podnośnika i dźwigu.

Malcu nic się nie zmienił od czasów, kiedy razem mieszkałyśmy. Nadal rozmawia z ludźmi przez sen. Z tą drobną różnicą, że obecnie gada po polsku, niegdyś porozumiewała się po akadyjsku. Jest to duży postęp i miła odmiana. Samo rozmawianie z kimś, kto śpi, jest wystarczającym przeżyciem, rozmowa w języku pochodzącym sprzed wypadków związanych z wieżą Babel było zbyt frustrujące.






muncia | 2009-09-23 | skomentuj
no proszę.
Jeszcze 10 dni temu wiłam się jak ten piskorz usiłując związać koniec z końcem i nie zwariować przy tym do reszty, osiem dni temu mnie olśniło, a siedem dni temu byłam już szczęśliwą pracownicą polskiej budżetówki. Nie ma lepszego miejsca na przetrwanie recesji niż uczelnia  :) W chwili obecnej siedzę co prawda zakopana w książkach po uszy i czuję się jak uczniak, ale odnoszę wrażenie, że przy tym, co wyprawiało się w moim życiu przez ostatni rok, wykładanie 3 przedmiotów na 1, 2 i 3 roku wzornictwa to będzie pikuś. Pan pikuś. ;]
muncia | 2009-09-20 | skomentuj
Oleg-olga, czyli człowiek, który skremował kota.


Przez Olowe życie przewinął się niejeden kot, niejeden w tej czy innej postaci znajduje się w nim do tej pory, a i niejeden oznaczył w pobliżu swój teren. Jest to poniekąd sprzeczne z zasadami prawdopodobieństwa, jeśli bowiem los sprawi już człowiekowi dowcip w postaci kota notorycznie srającego właścicielowi do łóżka, powinen być przynajmniej na tyle wyrozumiały, by tego samego czlowieka nie obdarzać następnie kotem, który myli kuwetę z salonem. Szczonia, bo tak bowiem wabi się - nie bez powodu - kotka, ma cukrzycę, sklerozę, alzhaimera i moim skromnym zdaniem przypadłość znaną powszechnie jako upierdliwość starcza, daleko posuniętą. Ol jednak twierdzi, że jest to mądre i kochane zwierzę, które wyłącznie z racji skelrozy zapomniało, czym jest kuweta. Osobiście widzę sprzeczność w tym stwierdzeniu - jeśli Szczonia ma sklerozę, dlaczego zawsze pamięta o tym, by wrócić z ogródka do salonu, załatwić potrzebę, a następnie wyjść z powrotem? Moim skromnym zdaniem Szczonia mści się za codzienne zastrzyki z insuliny, nie zdając wszak sobie sprawy z tego, że to dla jej dobra. Nadmienić należy, że obrazy olejne i inne dzieła sztuki tworzone w tymże salonie nabierają dzięki Szczoni niepowtarzalnego aromatu. A obiadki proszone zawsze są niepowtarzalnym przeżyciem.

Drugi kot Olowy nazywa się Yyy.

Trzeci kot Olowy nazywa się Bunio i stoi w postaci sproszkowanej na półce. Kiedyś urna z kotem stała koło łóżka, ale zabrakło na nią miejsca. Obok stanąć miała urna z ciężko chorym przyjacielem olowym, ale ten zdaje się być mimo wielu chorób całkiem szczęśliwy tam, gdzie jest, i na olową półkę się na razie nie wybiera. Miejsce więc zajęły póki co porcelanowe żabki własnego wypieku.

Kolejny kot nazywa się Grzyb, i jest to kot podwókowy, który jednakże mieszkanie Olowe traktuje jak własne, awanturując się, kiedy go nie wpuścić. Grzyb ma autyzm i wabi się tak z racji równej grzybowi komunikatywności.

A mama O. nazywa się MAMA-O i niczemu się nie dziwi.


----------

Ol 22:55:08
mama przeczytala notke i ma zazalenia, ze o Y nie napisalas, ze jest piekna hrabina, puszysta i czarująca


muncia | 2009-09-12 | skomentuj
pamięć wybiórcza

O tym, że mężczyźni mają pamięć wybióczą, wiadomo nie od dziś. Niejedną książkę na ten temat napisano i nie jeden amerykański psychlog na tym zęby zjadł. M. ma jednak pewien szczególny rodzaj pamięci wybiórczej, objawiający się tym, że nie tylko nie pamięta o tym, co miało miejsce, ale też pamięta rzeczy, które miejsca nie miały. Podobnie zachowuje się mój tata, mający z M. tyle wspólnego, że też jest trudnym w obsłudze geniuszem. Ale jemu jednak syndrom zaczął się po 25 latach malżeństwa, a u M - po 2 latach spędzonych pod wspolnym dachem.


Dowiedziałam się więc, na przykład, że rozmawiałam o czymś z Serkiem, ze podrywałam kierowcę Jagi (w to jedno nawet skłonna jestem uwierzyć), że osoba, która poznała mnie w sierpniu, wypowiadała się na mój temat w maju, że zaczepiałam Diane Pernet czy że uraziłam Karolinę S., stylistkę z Wyborczej która prawdopodobnie nie wie o moim istnieniu, no chyba że kojarzy fakt taszczenia M. do metra, bo zdaje się, że miała okazję to widzieć. 

Zaczynam odnosić wrażenie, że może mam rozdwojenie jaźni i moje drugie Ja, ubrane w różowe szelki i cekinową koszulkę (mam nawet pewne podejrzenia, skąd mogłoby wytrzasnąć ten stuff) biega po mieście i zaprasza na randki osobistości pokroju Diane.

Ponieważ cenię sobie jasnosć w tych kwestiach, moje drugie ja wysłało już do Diane maila z prośbą o podpisane w obecności notariusza oświadczenie, że nie uprawiała ze mną stosunków intymnych, i wysłanie tego oświadczenia kurierem na adres m. na jego koszt.
Niestety, diane odpisała, że oświadczenia nie będzie, bo nie mając pojęcia kim jestem, nie może być tego pewna.



Żyrandol mi siadł. W każdym mieszkaniu, w którym jestem, siada żyrandol.

W związku z tym siedzę po ciemku i zeglądam stare zdjęcia.

 do dziś pamiętam tego smsa. "dress code: zjebani jesteśmy."


Tam też byliśmy (a gdzie nas nie było)

 ależ byłam gruba (nerwica ma jednak pewne swoje plusy)

wino w mezurkach, wódka w plastikowym kubeczku i woreczki po lodach. To niesamowite, ale to była cała zawartość lodówki


Muszę podpytać M o jego wspomnienia z tamtych czasów. Może dowiem się czegoś ciekawego.


muncia | 2009-09-12 | skomentuj
mała muncia rozmawia ze swoim guru

20:08:14  ja:
zerkałes na style.com ostatnio?

         
20:08:22 mandi:
z 2 godziny temu

20:08:22 ja:

i co myslisz?


20:09:13 mandi:
o czym?


20:09:53 ja:
bo ja mam dwie refleksje. Po pierwsze ze ktos znowu myli projektowanie mody z projektowaniem odziezy, a po drugie, że skutki recesji  sie potęgują


20:10:07 mandi:
to kolekcje z nowego jorku


20:10:17 ja:
aha.....


muncia | 2009-09-11 | skomentuj
,
cóż, wszyscy popełniamy błędy




(jen kao spring 2010 rtw)
muncia | 2009-09-11 | skomentuj
co prawda, to prawda


 
muncia | 2009-09-06 | skomentuj
inspiracje
Udało się wreszcie zakończyć (przynajmniej mi) zabawę z kolekcją jesień/zima. Finalna sesja wypełzła z Olowej jaskini, gdzie wśród książek, lampek choinkowych i kotów z cukrzycą, autyzmem oraz alzheimerem dokonywała się postprodukcja.  Jak powszechnie wiadomo, ostatnią rzeczą, nad którą się zwykle pracuje, są inspiracje do kolekcji.  Podobno zajmują się tym ludzie od PR, ale M wywalił mnie z tego etatu, więc jest wakat. Dlatego trzeba było radzić sobie metodą burzy mózgów. Oto więc pierwsze propozycje inspiracji, które wpadły nam do głowy:


Marylin Manson:



Marylin Manson przebrany za Sadako:






Tori Amos:




Tori Amos przebrana za Marylina Mansona:




Sadako:






Sadako przebrana za Tori Amos:




I na deser brigitte bardot przebrana za sadako:




Ja osobiście mam też własne, nieco inne refleksje. Oglądałam tę kolekcję już setki razy, ale przed Olowym obiektywem z jakiegoś powodu zaczęłam widzieć ją zupełnie inaczej. Nagle ujrzałam w niej taką głębię, że gdybym nie znała M, może nawet bym uwierzyła w jej istnienie.  Kolekcja zaczęła mi się mianowicie kojarzyć z mitologią słowiańską.  Proszę bardzo:

rusałki:



topielice:




driady:







wodniki



wije:



i szuje:


 
 






fot oleg-olga.com
Adrianna Kantor /Just models
Weronika Małkiewicz/Gaga
włosy  kajetan góra
noszenie bagaży: tablis :*
a produkcja JA
muncia | 2009-09-02 | skomentuj
kuchnia w dniu, w którym skończyła mi się waleriana

Kilka lat temu ugrzęzłam na pół roku w Kownie, byłej litewskiej stolicy. Miasteczko może 40-tysięczne, szarobure. Wtedy właśnie odkryłam swoją miłość do fotografii ulicznej, bo skoro zabytki skończyły się po pierwszym tygodniu pobytu, a sklepy i centra handlowe po drugim, z obiektów do oglądania zostali mi tylko ludzie. I zaprawdę, było co podziwiać. Ze zgrozą odkryłam potem, że specyficzny gust Litwinek omawia nawet w osobnym akapicie przewodnik Pascala. Gdybym tylko była bardziej trendy, otworzyłabym wówczas blog o nazwie "kaunasfashion" i europejska kultura streetfashionowa ległaby u moich stóp. A tak, zarobiłam tylko cztery stówki zdjęciem babci w różowym sweterku wpatrzonej ze zgrozą w stadko gotów i kolejne dwie żebraczką z walkmanem.


Ale to była inna fotografia. Fotografia przypadku, szybkości, refleksu, fotografia w biegu. Nie mają znaczenia chmury, krzywe kadry, przejeżdżające samochody. Nie ma czasu przestawić przesłony. Najpierw biegnie się za ludźmi, którym chce się zrobić zdjęcie, potem biegnie się w przeciwną stronę zanim zdołają cię złapać. Chowa się za drzewem, żeby nie przestraszyć psa, żeby żebrak nie zmienił tej jednej idealnej pozycji. Nie można używać lampy błyskowej – no, chyba, że biega się naprawdę szybko, a ja niestety obijałam się na wf-ie. Można też zapomnieć o wszelkich udogodnieniach w rodzaju choćby nawet statywu, ba, wskazane jest, by aparat dało się schować pod kurtką – więc obiektyw nie powinien przypominać lufy armatniej.


Innymi słowy, fotografia studyjna i fotografia reporterska mierzą się innymi miarami, a ocenia się je innymi skalami ocen. Nigdy też nie przyszło mi do głowy nazwać fotografii  reporterskiej sztuką. To dokument, obserwacja, zapis rzeczywistości. Powiedzmy, że ze względów oczywistych przyznaje się fotografii reporterskiej ten dopuszczalny margines błędów, który w fotografii studyjnej byłby nie do przełknięcia - bo w studiu fotograf ma stado pomagierów do przestawiania oświetlenia, a reporter w terenie ma około 4 sekund na dobycie aparatu i zrobienie zdjęcia. Ale margines ten jest i pozostać powinien – marginesem dopuszczalnym, tak jak dopuszczalnym ograniczeniem jest ograniczenie sprzętowe, bo (pomijając już cenę) najlepsze aparaty to wciąż jeszcze aparaty, z którymi szybko biegać się po prostu nie da. W studiu ten problem nie istnieje.


Stąd niestety bardzo blisko do wniosku, że w fotografii reporterskiej żadne kanony sztuki nie obowiązują, a żadne błędy nie dyskwalifikują.


Świetnie.


Zrobiła się ostatnio moda na zdjęcia, krótko mówiąc, złe, które za to udają "prawdziwe życie". Pomińmy milczeniem próby przemycenia jako sztuki zdjęć robione telefonem komórkowym. Pomińmy wydany ostatnio album "prawdziwej fotografii", niegodny, zdaniem O., "makulatury z której został zrobiony papier na którym go wydrukowano". Pomińmy jako dopuszczalną modę, czerwone oczy w czasopismach pokroju I.D. i jego polskiego odpowiednika. Pomińmy zwietrzałe kolory polaroidów, ziarno, mające ponoć swój urok. Każdy wtajemniczony wie, że zwykłe zdjęcie dziecka w piaskownicy wystarczy zdesaturować i pokryć filtrem o nazwie "jestem ziarnem, jakie daje tylko stary popsuty aparat", żeby potem nazwać je sztuką. Pomińmy i to.



Jest jednak coś, czego milczeniem pominąć nie mogę, bo wzbudza we mnie skądinąd dość skutecznie pacyfikowane pokłady agresji. Mianowicie opisy pod zdjęciami tudzież opisowe tytuły. Zdjęcia nie mają już znaczenia same w sobie, liczy się kryjąca się za nimi historia. Bywają, rzecz jasna wyjątki, kiedy to historia jest ważniejsza. Ale nie przesadzajmy. Na nieszczęsnym World Press Photo trzy czwarte zdjęć nie jest w stanie wybronić się samych – tym jak wyglądają, jak są zrobione technicznie, wizualnie. Na wartości zyskują dopiero dzięki opisom – to biedne żydowskie dziecko, to Murzyn w getcie, tamta pani szykuje się do bardzo ważnego występu, ta dziewczynka nie jadła od 3 dni. Ale rekord pobiła juz dawno temu Nan Goldin nazywając zdjęcie "Niebo w dniu, w którym Philippine popełniła samobójstwo", czy jakoś tak. Gwoli ścisłości, jest to po prostu zachód słońca. Zapewne dla autorki ten konkretny zachód słońca miał wielkie znaczenie, ale zdjęcie, jako wycinek rzeczywistości, przedstawia w dalszym ciągu po prostu czerwone chmury, nie trupa Philippine.

Ktoś mnie kiedyś do Nan Goldin porównał, dlatego przejęłam się rolą i zaczęłam nadawać zdjęciom przydługie tytuły. Pomna tego światowego trendu, zrobiłam już odpowiednie zdjęcia M. – tak na przyszłość. Jak będzie sławny, zacznę sprzedawać fotografie – "Odbicie M. w lustrze łazienki, w której pierwszy raz się macał z facetem" (po prostu portret). "Wykąpany M. grzebie sobie nożyczkami krawieckimi w paznokciach u nóg" (drugi portret, nożyczki są poza kadrem, ale trup Philippine też), "Pijany M. śpi z głową na cycku Blanki", "M. szykuje się do wyjazdu do Tworek" (moje ulubione – z lalką i główką kapusty), "M. śpi w wannie". World Press Photo będzie moje.


muncia | 2009-08-30 | skomentuj
przerprowadzki


Kobieta, u której M robił praktyki, zrobiła doktorat na przeszczepianiu mózgów kleszczom. Zaprzyjaźnieni studenci z wydziału fizyki skonstruowali dla niej mikroskopijne elektrody, żeby mogła potem spawać rozłupane czaszeczki, inaczej obiekty badań umierały zbyt szybko. M. studiował wtedy ogrodnictwo i w zwiazku z tym odbywał miesięczne praktyki w tych laboratoriach czy szklarniach, czy cokolwiek to było. Sklejał preparaty, podlewał transgeniczne pomidory, zbierał owadzią kupę, kradł warzywa i denerwował swoją zwierzchniczkę wiecznym, nieustającym „ale po co?”. Po co przeszczepiać mózgi kleszczom? Jak to po co, bulwersowała się dzień w dzień, no jak to po co. Cały miesiąc on i Edka żyli wyłącznie na kradzionych warzywach, których inni studenci bali się ruszać z obawy, że wyrośnie im trzecia noga, i cały miesiąc doktor Frankenkleszcz nie potrafiła udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi.

Zakup wózeczka okazał się trafiony - na Sylwestra służył nam do przewożenia szampana, na urodziny wódki, a kiedy przypominało mi się, że wciąż jeszcze studiuję, i na dodatek w innym mieście, do transportowania mnie na dworzec. W rok później, w czasie przeprowadzki, dzięki niemu właśnie udało nam się przewieźć cały nasz dobytek bez użycia taksówki.


Mieszkanie, które znaleźliśmy, znajdowało się w odległości tylko dwóch ulic od poprzedniego, a M. nie po to kradł warzywa albo tygodniami żywił się prażonym ryżem, by płacić taksówkarzom. Ubrania wrzuciliśmy więc do worków na śmieci, worki taśmą przymocowywałam do wózka i wędrowałam z nim tam i z powrotem, cztery razy dziennie, w czasie gdy M. przysypiał z nudów w pracy. Potem przychodził, marudził na szefową, siadał ze mną na barowych krzesełkach przy wysokim, stylizowanym na cmentarny granit stoliku (w starym mieszkaniu kuchnia była raczej luksusowa), i pożeraliśmy prosto z garnka nieobrane ziemniaki. A potem M. brał się za ciężary. Dzień po dniu, rozkręcał więc i transportował szafki,  deski, książki, a potem mężnie przyznał się do porażki, kiedy przyszło do luster. Były to dwie wielkie, ciężkie jak jasna cholera, nie obramowane płyty o ostrych krawędziach i powierzchni zbliżonej do metra kwadratowego każda, nieporęczne i niebezpieczne, więc po krótkiej debacie wyrzuciliśmy je do śmietnika już pod starym mieszkaniem. Ale trafiły dokładnie tam, skąd parę miesięcy temu do nas przyszły, więc strata nie była dotkliwa. Na koniec został miękki, czerwony fotel, także zgarnięty ze śmieci. Meble mieliśmy tylko z Ikei i śmietników.

Przez następne trzy dni M. nie mógł się sobą nachwalić - jestem jedynym pedałem w tym mieście, który wniesie fotel na szóste piętro.
Pewnie. Inne zaczekałyby, aż administracja naprawi windę.


muncia | 2009-08-24 | skomentuj



księga gości


2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
2008
grudzień
październik
wrzesień




Liczniki