muncia.blog.pl


onet.

jakis bardzo miły człowiek z onetu reguralnie czyta mojego bloga i linkuje, kiedy mu się coś spodoba. To zabawne musi być - człowiecze - masz fuchę która polega na czytaniu blogów. XXI wiek. piękne czasy. Linki przyciągają osoby różne i różniste, które - przeczytawszy komentarz do notki na onecie - spodziewają się na tym blogu najczęściej czegoś zupełnie innego. czasem nawet respondenci  - przytłoczeni różnicą między tym, co zasugerował onet (bez mojej wiedzy zresztą), a tym, co piszę ja -  dają wyraz niezadowolenia bluzgając w mojej księdze gości.  Ale te drobne niedogodności to nic takiego właściwie. Cała sytuacja jest przezabawna. Oczywiście jestem Ci wdzięczna, człowiecze, za tak skuteczną reklamę. Aktywność na portalach społecznościowych nadal skutkowałaby raczej mikrymi zmianami na liczniku odwiedzin, zwłaszcza w porównaniu tego, co daje  potęga starożytnych portali informacyjnych. 

Jednocześnie nie mogę się oprzeć chęci wyjaśnienia całej publiczności, że z onetem nie mam nic wspólnego. Nie zostalismy sobie nawet przedstawieni. Niech się publiczność poczuje równie zabawnie, jak ja. Może da im to ten uroczy smaczek naruszania czyjejś prywatności.  

taki natłok odwiedzin raz na czas pobudza, odświeża, przywołuje do porządku i nakazuje sprawdzić literówki.

Tak. Może jutro.
muncia | 2010-02-05 | skomentuj
o kwestii dobra i zła

Mam problem. Poważny.

Taki mianowicie, że nie wierzę w zło. Uważam je za pomyłkę ewolucyjną. Nie wierzę w egoizm, uważam że jest marginalnym błędem genetycznym. Od dłuższego czasu usiłuję przekonać się, że nie mam racji, że egoiści chodzą po tym świecie i mają się dobrze. Spotykam ich w pracy i w życiu osobistym. I nie wierzę w nich. Traktuję jak pomyłkę w matrixie.

Pierwotne skupisko ludzkie funkcjonowało dzięki bardzo dobrze rozwiniętej wymianie. Wymienia się papu na ubranie, ubranie na pracę, pracę na seks. Podobnie traktowana jest wymiana koszyka borówek na koszyk malin, i wymiana troski żony o męża na troskę męża o żonę. W społeczeństwach pierwotnych nie ma pasożytów. Każdy ma swoje miejsce i swoją funkcję. Kiedy w wiosce Indian brazylijskich pojawiła się lesbijka, która celem znalezienia dla siebie miejsca poza strukturami rodziny (ale w ramach struktury plemienia) założyła sklep, ten sklep tak wrósł w świadomość, obyczaje i wzajemne zależności wszystkich mieszkańców wioski, że antropolodzy nie byli w stanie odtworzyć mechanizmów społecznych istniejących PRZED jego założeniem. Plemię funkcjonuje jako żywa jedność. Nie istnieje w plemieniu pierwotnym pasożyt, pasażer na gapę - który bierze coś (jedzenie, wsparcie psychiczne) nie dając nic w zamian. Taka osoba de facto ginie.


Dzięki wymianie i wzajemnej opiece społeczeństwo się rozwijało. To nie głupia magia i wiara w tabu powstrzymywała ich od egoizmu, ale wkodowane w mózg załozenie, że w kupie siła. Poza tym, w skrajnie złych warunkach egoista - który nie daje, więc nie dostanie w zamian -po prostu by zdechł. A nie dostałby nic nawet gdyby był bardzo miłym niedającym. W takich wioskach bowiem nie ma niczego na zbyciu.

Im bardziej skomplikowana struktura społeczna tym bardziej skomplikowany jest mechanizm wymiany. Możemy dać coś (także niematerialnego) osobie A, oczekując, że nam coś w zamian da - w tym albo przyszłym roku - osoba B albo nawet C. Na pewnym poziomie skomplikowania staje się możliwe przesmyknięcie się ludzi, którzy tylko biorą.


Ktoś, kto bierze nie dając nic w zamian - ciągnie ze społeczeństwa jak przez słomkę - jedzenie, dobra materialne, wsparcie moralne, opiekę, przyjaźń - nie dając w zamian tego samego albo czegoś innego - darów materialnych lub niematerialnych złożonych na ołtarzu dobra wspólnoty - to nowy wynalazek. Taki ktoś może istnieć tylko w społeczeństwie wysoko rozwiniętym, takim, które jest w stanie utrzymać "pasażerów na gapę".

Każde społeczeństwo jednak, gdyby składało się w większości albo chociaż w połowie z pasażerów na gapę - po naszemu egoistów - rozpadłoby się.  Wystarczy wyobrazić sobie małą strukturę, np wioskę, złożoną z ludzi, którzy nic nikomu nie chcą dawać. Wszyscy polegną przy pierwszym gradobiciu. Społeczeństwo złożone w całości z altruistycznych świrów, którzy dają za darmo,  byłoby popieprzone, ale miałoby szanse przetrwania. Społeczeństwo złożone choć w jednej czwartej z osób, które biorą nie dając, nie przetrwałoby roku, bowiem 3/4 ludzi dających to za mało, by wszyscy mieli co wziąć.

Jak widzicie moja niewiara w egoizm nie jest poparta mistyczną wiarą w dobre serce człowieka. Mogę się zgodzić z tym, że altruizm nie istnieje - że jesteśmy dobrzy dla innych, bo oczekujemy, że inni będą dobrzy dla nas. Moja niewiara w egoizm zakłada, że genetycznie, ewolucyjnie, jest to mechanizm zagrażający istnieniu gatunku. Człowiek jest wszak zwierzęciem stadnym.


Czy ktoś mi może więc wyjaśnić, czemu spotykam w życiu tyle pomyłek genetycznych?




muncia | 2010-02-01 | skomentuj
si tu pis partu te pa szanel du tu




"Obsikanie wszystkiego dookoła jest mało >chanel<". Wersja francuska tym straszniejsza, że się rymuje. Tabliczka na kibelku w biurze.  Printscreen z filmu "lagerfeld confidential"


muncia | 2010-01-30 | skomentuj
szu story part 2


Szczudła, które nosi kobieta na poniższym obrazku, nazywają się po turecku "kabkab" (po polsku kabkaby?) i byly noszone przez tureckie kobiety w łaźniach, celem unikniecia styczności z mokrą, śliską i gorącą podłogą. Ponoć, nazwane tak ze względu na dźwięk, jaki wydają przy chodzeniu. To one natchnęły w XVI wieku Wenecjan do przywdziania patynek. Obrazek pochodzi z końca osiemnastebo wieku, natomiast drewniane "kabkabki" poniżej to już wiek dziewiętnasty.  Z tego prosty wniosek, że moda ta utrzymała się nadzwyczaj długo, jak na zagrażającą zdrowiu i życiu (proszę zwrócić uwagę na to, że jest to klapek. Klapek na ponad dwudziestocentymetrowym podwyższeniu. Poślizgnięcie się lub krzywe postawienie stopy kończy się otwartym złamaniem obu kostek. Ostatnio analizowałam to ze studentami. Doszliśmy do wniosku, że o ile można stopniować nieprzyjemność złamań, przyjemniej jest złamać sobie kość długą).










Abstrahując od nieprzemyślanych rozwiązań technicznych (pasek w okolicach pięty uczyniłby je o niebo bezpieczniejszymi), "kabkabki" były naprawdę świetnym rozwiązaniem - zwykłe buty bowiem średnio nadawały się do chodzenia tam, gdzie mokro, ślisko, brudno i w ogóle. Ideę "kabkabów" mieli jakoby przejąć od Turków Wenecjanie i zaadoptować je do swoich potrzeb. W ten sposób powstała patynka - but  drewniany, na wysokiej platformie, nakładany na zwykłego pantofla, by wygodniej brodziło się po zabłoconych ulicach.
 
Wszyscy pamiętamy te historie związane z wylewaniem w średniowiecznych miastach nieczystości za okno. Nie było to, co prawda, do końca tak. Nie można było bezceremonialnie wylewać gówna na ulice. Przepisy prawne mające na celu zwiększenie poziomu higieny wyraźnie mówiły, że należy pierwej krzykiem trzykrotnie ogłosić swój zamiar, a dopiero potem wylać.  Mimo tych regulacji, niewybrukowane ulice pełne były błota, siuśków, kupek, krwi rzeźnych zwierząt, chemikalów używanych do garbowania skór, i tym podobnych.


 (najwyższe ocałałe patynki,  Museo Correr, wenecja)


Poza tym, wiadomo, Wenecja nigdy nie należała do najsuchszych miejsc na ziemi.

Na drodze rozsądnej funkcji patynek stanęła moda. Zaczęto oblekać je jedwabiem. Średnio odpornym na błoto. Suknie zaś noszono coraz dłuższe, tak, by całkowicie zasłaniały but (ergo wraz  z nim nużały się w błocie). Pod względem wygody przemieszczania się stawiało to nieszczęśników w punkcie wyjścia, a nawet w dużo gorszej, niż pierwotnie, sytuacji.
Zastanawiam się, czy widzicie oczyma duszy to samo, co ja. Damę (albo damka) w wysokich na 30 cm platformach przymocowanych do klapka, przy każdym kroku zapadającą się na te 20 centymetrów wgłąb ulicznego błota, z trudem posuwającą się jak na szczudłach, najczęśąciej z pomocą służącego. Ja osobiście zgubiłabym te klapki po 3 krokach.






Patynki stawały się coraz wyższe, coraz bardziej pyszne, coraz bardziej z jedwabiu, coraz bardziej nie do chodzenia. Stały się akcesorium mody.

Można wyobrazić sobie ówczesną sytuację - po trwającym bez mała tysiąc lat zastoju cywilizacyjnym, miasta włoskie rozkwitają. To szok zdecydowanie większy, niż ten, który przeżywa Polska po końcu PRLu (wczoraj Ojciec uświadomił mi, że pierwszą firmę prywatną założył jeszcze w PRL,  a to celem udowodnienia, że pomysł pojechania do kenijskiej wioski, w której rok temu założono prąd, i uczenia sześciuset Murzyniątek  uczęszczającej do tamtejszej podstawówki, jak się robi strony internetowe, wcale nie jest najdziwniejszym pomysłem w jego życiu. Ba, nie mieści się nawet w pierwszej dziesiątce. Musiało to wywrzeć na mnie pewne wrażenie, bo dziś śniło mi się, że kolonizował Marsa). Nagle, po całych pokoleniach, horyzont z najbliższego pagórka, przenosi się na Lewant. Lewant, w którym, w przeciwieństwie do Europy, od głębokiej starożytności istnieje ciągłość cywilizacyjna. Co za tym idzie, istnieje Kultura przez duże K. Włochy zaczynają uprawiać Handel przez duże H. Za pośrednictwem Lewantu (to jeszcze nie te czasy, żeby reguralnie opływać Afrykę) kontaktują się z Indiami i Chinami, wydali już na świat Marco Polo, są użeczeni światem wschodu. Świat feudalnej Europy wywraca się do góry nogami, bo na handlu z niewiernymi bogaci się nie szlachta, a mieszczanstwo.  I mieszczaństwo ma zamiar to okazywać, zadzierając, dosłownie, nosy wyżej głowy. Nosy wyżej innych głów. 

Patynki powstają zgodnie z założeniem "im wyższe tym lepsze". Nadają prestiżu.  Noszone są we włoskich miastach, potem także w Hiszpanii, w XV i XVI wieku, co ciekawe, przez wszystkie warstwy społeczne, od kurtyzan, po rody książęce, które wszak nie mogą dopuścić, by głowy mieszczan znajdowały się wyżej. Trudno jest wyłapać patynki na ówczesnych obrazach, są to bowiem te czasy, kiedy królowe Hiszpanii, i nie tylko one, nie miewały nóg.

(Kiedy trzynastoletnia Maria Anna Habsburg przemierzała drogę z Wiednia do Hiszpanii, by zostać żoną swojego wuja Filipa IV, magistrat miasta Toledo złożył jej w darze ślubnym parę jedwabnych pończoch. Majordomus odmówił przyjęcia daru, stwierdzając przy tym: "zechce pan przyjąć do wiadomości, że królowa Hiszpanii nie ma nóg", a Marianna rozryczała się w przekonaniu, że zostaną jej odcięte.  Mniej więcej sto lat wcześniej krewniaczka Marianny zaplątała się w strzemię pędząc na spłoszonym koniu i mało nie zginęła, bo dotykać nogi królowej się nie godziło. Po długim namyśle dwóch rycerzy popędziło jednak konie, by ratować damę w opresji, tyle że po uwolnieniu jej stopy, nie zatrzymali się już, ale pognali galopem w stronę granicy państwa, pewni wyroku śmierci.)  

Noga była częścią intymną, a but poniekąd wraz z nią, stąd patynka szybko schowała się pod suknię.

Można wnioskować, że patynki nosiły te damy, które na skądinąd realistycznych portretach mają nieproporcjonalnie długie nogi. Albo można popatrzeć na obrazki przedstawiające kurtyzany:



 
Pietro Bertelli, kurtyzana wenecka
1589

Można dać wiarę informacjom, że nosiła je Katarzyna Medycejska, albo spojrzeć na te obrazy, na których buty są zdjęte:

  (Vittore Carpaccio, 2 damy na tarasie)

Można też obejrzeć nieprzyzwoity podręcznik mody szesnastowiecznej, w której niektóre części gadroby daje się unieść:





Albo po prostu obejrzeć zawartość muzeów całej Europy:












Sama w sobie moda na wysokie buty daleka jest od wyjątkowości. Jeśli cokolwiek mnie dziwi, to brak zabezpieczenia kostki, choćby przez jeden prosty pasek przymocowujący patynkę do pięty (wspominałam coś o otwartych złamaniach?). 

Pomysł nie jest aż tak wyjątkowy. klapko-platformy zakłada się w różnych cześciach świata:
 



("ale dzięki gumowej podeszwie są bardziej praktyczne")


Nawet Gaultier wpadł na pomysł podobny do weneckiego.

 (2002)

Nie wiem, czy to sie mieści w definicji patynki, może patynka musi byc platformą, a nie koturną, w każdym razie, that's the idea. Podeszwa przypinana do buta z mięciutkiej skóry. I jest upgrade w postaci paska na pięcie. Wreszcie ktoś mnie posłuchał.


Resztę źródeł dodam potem.

http://avantgardemeetsanarchy.blogspot.com/feeds/posts/default
http://www.zoomermag.com/david_livingstone/



muncia | 2010-01-30 | skomentuj
sesja, sesja, sesja!

Mój podpis robi się z indeksu na indeks coraz krótszy.

Po 450 wpisach, mając w perspektywie drugie tyle, odkrywam całe pokłady wiedzy dostępnej tylko nielicznym - dlaczego, np. panie w dziekanacie wykłócają się o kolejność wpisów w indeksie, dlaczego niektórzy wykładowcy nie przyjmują studentów, jeśli ci przyniesli mniej niż 5 indeksów do podpisania, dlaczego Mama O. uważa, że u podstaw polskiego systemu edukacji leży działalność Szatana, dlaczego urzędnicy obsługujący petentów są niemili.


1.

- Dzieńbry, my po wpis. - przychodzi ich, na ten przykład, dwóch.
- Skąd Jesteście?
- Z wzornictwa.
 Super. Tak właśnie nazywa się mój wydział.
- Który rok? - staram się uściślić.
- Trzeci. - W dalszym ciągu super. Tam prowadzę 3 przedmioty w 5 grupach.
- Przedmiot?
Tu odpowiedzi mogą się różnić. Mogą np powiedzieć "historia" mając na myśli histoprię sztuki, historię wzornictwa, albo historię architektury. Mogą też powiedzieć "design" a ja mam się domyślic, o który z przedmiotów z tą nazwą, chodzi. Słowo Wzornictwo, w różnych konfiguracjach, funkcjonuje natomiast w nazwie przedmiotu, specjalizacji, specjalności wewnątrz specjalizacji  oraz kierunku.
- Nazwiska poproszę - wzdycham i poddaje się. Szybciej będzie przejrzeć tych 12 list niż dowiedzieć się, czego dokładnie chcą.

2.

- Bry, ja po wyniki.
- Czego wyniki?
- Testu.
- Jakiego?
- Wczorajszego.

Przez pierwsze 3 dni to mnie nawet śmieszyło.


3.

- Dzień dobry, ja po wpis.
Przychodzi starsza grubsza pani z trojakami w plastikowej reklamówce.
- Z czego?
- Z historii.
Bez komentarza.
- Rok? 
- Piąty.
- Ale z tego jest egzamin.
- aaaa. Aha. Ale czy jesli byłam przez cały semestr chora i nie chodziłam na wykłady, to też muszę pisać?

To a propos tej teorii o Szatanie.


 4.

- dzień dobry, można dostać wpis?
- z czego?
- z historii.
- A skąd pani jest?
- z wzornictwa.


5.
- bry, kiedy będą wyniki?
- z czego?
- z wzornictwa?
- z jakiego przedmiotu.
- z historii.
- Wiszą naprzeciwko.

6.

- Bry, my po wyniki.
- Wiszą naprzeciwko.
- A gdzie dokładnie?

To mnie przestało śmieszyć na czwarty dzień. Od piątego postanowiłam robić  tak, jak tatuś. Wieszać wyniki nie na tablicy korkowej dokładnie 3 metry dalej, ale na drzwiach.  Wtedy konstrukcja rozmowy zmienia się nieco, tatuś dodał autorskie, mistrzowskie zakończenie.

- bry, kiedy będą wyniki?
- proszę wyjść, zamknąć drzwi i przeczytać to, co na nich pisze.

7.

- Bry, jest dziekan?
- Nie ma. poszedł do domu.
- Ojeju. A da mi pani do niego komórkę?


8.
jest godzina 16.32.
Przychodzi 2 studentów.
- Dzień dobry, czy będą dziś zajęcia?
- A czemu miałoby nie być?
- Bo na razie jesteśmy tylko my dwaj.
- O które zajęcia chodzi?
(tu następuje cały ceregiel związany z ustalaniem które wzornictwo, która historia i która architektura)
- Mają panowie na myśli ten wykład, który zaczyna się o 17.35?



9.
Nie, nie mam siły.

Wracając do kolejności wpisów w indeksie - jakbyście się kilka razy podpisali pod nieswoim przedmiotem, też byście wiedzieli, do czego służy kolejność.


muncia | 2010-01-29 | skomentuj
hm


http://contexts.org/socimages/2009/10/25/disney-princesses-deconstructed/


muncia | 2010-01-27 | skomentuj
diesel






Czy jest zaś coś równie głupiego, jak samemu sobie się podobać, samego siebie podziwiać? A z drugiej strony, co z tego, co byś mógł czynić, będzie wdzięczne, będzie miłe, będzie piękne, jeśli sam się sobie nie podobasz?  Usuń tę przyprawę z życia, a w tej chwili ochłonie z zapału swego mówca, nie zachwyci już nikogo swymi nutkarni muzyk, wygwizdany zostanie razem ze swą grą aktor, wyśmiany wraz ze swymi muzami poeta, smarowozem wyda się malarz, skapieje z głodu lekarz wśród swych leków.

Viva la folie!







Diesel stawia na to, że nic tak nie wyzwala kreatywnosci, jak głupota.
Diesel nie byłby dieslem gdyby nie kampanie reklamowe. Tak po prawdzie, to one wyznaczają miejsce marki na rynku, no bo przecież, for god's sake, ile marek dżinsów przeciętny człowiek mógłby spamiętać i odróżnić.





Może mądrzy mają mózgi,. ale głupi mają jaja. Pochwwała głupoty. Erazm ze wzruszenia podryguje w grobie.







Głupota to bróby i błędy. Zwłaszcza błędy. Mam szczerą nadzieję, że to fotomontaż










Bardzo lubię reklamy zegarków. Zawsze starają się być takie.... dyskretne.




























Proszę zwrócić uwagę na to, że poniższy autobus jest piętrowy



muncia | 2010-01-21 | skomentuj
.
no dobra, ilu z was chciało wpisac 8?


muncia | 2010-01-20 | skomentuj
zygmunt

Miałam kiedyś torbiel. Na jajniku. Usg tych części ciała przeprowadza się w ten sposób, że sprzęcior wprowadzany jest, że się tak wyrażę, jak najbliżej epicentrum. Celem minimalizacji nieprzyjemnych wrażeń sprzęt ma kształt anatomiczny. Dbając o humor czytelników nawet w tak tragicznej chwili (byłam pewna, że mam raka. Na szczęście, był przy mnie M. "Nie umieraj - powiedział - nie w dniu w którym kupiłem marynarkę isseya miyake". ) napisałam tryskającą humorem notkę na temat tego, że pewien Arab (ginekolog był Arabem) wsadził mi swój "sprzęt" i ani się człowiek obejrzał (dosłownie) na ekranie od USG widać było potworka z kawałkami włosów i paznokci (niektóre torbiele tak mają). Oraz że jako wyrodna matka, pozbywam się gnojka (nazwaliśmy go Zygmuntem) z pomocą leków antykoncepcyjnych pierwszej generacji (obecnie stosuje się je głównie ze względu na różnorakie efekty uboczne - np abortowanie Zygmuntów). Dostałam masę komentarzy.

Lud nie tylko zwyzywał mnie od najgorszych wskazując jako przewinę aborcję, ale jeszcze pouczył, że płodu nie należy nazywać "torbielem" (można udzielać lekcji etyki nie zaliczywszy lekcji gramatyki, jedno nie ma przecież nic do drugiego) oraz że w tak wczesnej ciąży nie mogłam widzieć paznokci. Muszę przyznać, że nieczęsto komentarze mne tak bawią.

"Demokracja - pouczał dziś Ol - to straszna rzecz. Ludziom zaczęło się wydawać,  że mają coś mądrego do powiedzenia i, co gorsza, że powinni to mówić głośno."
 
Bardzo miło wspominam Zygmunta. Zdjęcie USG straszyło znajomych z tablicy korkowej, wszyscy przekonani byli, że tam naprawdę "coś" , a konkretniej "ktoś",  jest. Dopóki nie przyszedł Krawat i przechodząc przez pokój nie stwierdził: "o, torbiel na lewym jajniku." Krawat jest w moim wieku i znamy się głównie ze wspolnych popijaw w gejowniach. Jest jedną z 5 czy 6 inteligentnych osób, jakie znam. I podobnie jak pozostałe, nie komentuje blogów.
muncia | 2010-01-13 | skomentuj
muncia




muncia | 2010-01-08 | skomentuj
bestia


mam w domu Groźną Bestię



jesli wszystkie gady sa równie bystre, przestaje dziwic zagłada dinozaurów
muncia | 2010-01-06 | skomentuj
.shoe story part1

Powszechnie wiadomo, że każdy kto mówi o łatwych pieniądzach z modelingu, kłamie. Bycie modelką spełnia wszystkie kryteria zawodu podwyższonego ryzyka, takie jak zaburzenia zdrowotne, wysoka śmiertelność, stres, deformacje ciała i wcześniejsza, źle płatna emerytura.

Zaobserwowałam ostatnio, zupełnie niechcący, przypadłość, którą na własny użytek nazwałam MFDS, model's feet deformation syndrome. Oto przykłady:


niektórym rośnie szósty palec , zapewne w wyniku złej diety (jill sander)


innym, jako skutek permanentnego noszenia za małych butów, zanika jeden z palców środkowych :
(prada)




nieszczęsne dziewczęta zaczynają chodzić pod skosem (jill):




jeszcze inne cierpią na syndrom uciekającego palca: (dior)




zdarza się też, że po wyjęciu z za małego buta palce zostają podkurczone już na stałe:






i nic już nie pomoże nieszczęsnej, nawet jeśli następnym razem dostanie buta półtora rozmiaru za dużego:





 Problem tych dziewcząt, które nie dorobiwszy się jeszcze porządnego palcościsku, wciąż mają za duże stopy, projeknanci rozwiązują lansując uciskające skarpetki w kolorach zblizonych do buta.








  Skarpetka trzyma palucha w górze nie dopuszczając do groźnego złamania albo ułamania się palca na wybiegu.





Trend szorowania paluchem po wybiegu stał się tak mocny, że zaczęły stosować go także dziewczęta o drobnych stopach:







Powyższe zdjęcia pochodzą z pokazu Prady, która najwyraźniej doszła do wniosku, ze jesli nie mozna z czymś wygrać, należy sie z tym zaprzyjaźnić. Dwie czy trzy kolekcje później wyouściła bowiem buciki rzezroczyste:




No bo skoro wszyscy wiemy, jak zdeformowane są palce wewnątrz butów zwężających się ku przodowi, to po co to ukrywać?






i pomysleć ze Chińczykom od 200 lat nie mogą darowac deformowania stóp.

muncia | 2010-01-01 | skomentuj
test.



blog mi się popsuł. ale juz prawie naprawiony ]:>


muncia | 2009-12-30 | skomentuj
test.
test
muncia | 2009-12-30 | skomentuj
mery xmas


muncia | 2009-12-23 | skomentuj
;D

wpadli do mnie właśnie studenci zaoczni, szczęśliwi, że wreszcie mnie złapali, bo jakos tak wyszło, że od początku semestru znaleść mnie nie mogli. Gwoli ścisłości, siedzę tu co piątek od 14 do 21 i co niedzielę od 11 do 15. Ale oni byli w soboty. W każdą (sic) sobotę pod tymi (wskazanie palcem) drzwiami czekali na zajęcia, a mnie, podłej, nie było.  Inna sprawa, że zajęcia według planu mają w niedzielę o 13, kij z tym. Oni rżną głupa, ja udaję, że wierzę. świat opiera się na obłudzie.



Zbliżają się święta, zaraz po nich sesja egzaminacyjna, co oznacza, że teraz oni będą pracować, nie ja.  Blog zapewne rozkwitnie, a ja, cóż, ja będę tyć dalej.

Muszę wam opowiedzieć o mojej fantastycznej nowej terapeutce wampirzycy.  Mieszka na zamku w lesie i pije ludzką krew. A w ogóle to zostałam oficjalnie przyjęta na oddział psychiatryczny. Co prawda dla zmyłki, ale jednak. Pobiłam w ten sposób M, który był tylko na ostrym dyżurze w Tworkach.



muncia | 2009-12-18 | skomentuj
.


bardzo lubię męskie szowinistyczne heteryckie dowcipy. Niektóre.

 
muncia | 2009-12-17 | skomentuj
ofpa. ta milsza i lepiej ubrana część


czyli munciowe zapędy fotoreporterskie



























Ps. Nie ma ktoś z pięciu wykładów z historii wzornictwa do sprzedania?

Nie? To nie bedzie nowej notki. [foch]


ps2. zrobiłam studentom pierwsze kolokwium. Poszło nieźle, pomijając, że z uporem godnym lepszej sprawy umieszczają najstarszy meczet świata w Kordowie, a adamaszek miesza im się z alabastrem.

Mogło być gorzej.

muncia | 2009-12-03 | skomentuj
ofpa



Przeżyłam ostatnio burzę sensoryczną. Naprawdę! Wywołana była przez *famfary* Ogólnopolski *werble* Festiwal *oklaski* Piosenki *dzieci z kwiatami* Aktorskiej, na którym, na prośbę Mamusi, hałturzyłam robiąc zdjecia uczestnikom. 

W jury festiwalu zasiadały sławy lokalne i krajowe, w tym znana z prognozy pogody na dwójce Pani Ola K. i znany głównie z roli Shreka (bo kto by tam pamiętał o Panu Wołodyjowskim) pan Zbyszek Z.   Pierwszy szok sensoryczny dotyczył zmysłu wzroku i był związany z panią Olą, którą znam z jej czasów przedwarszawskich, kiedy była gwiazdą lokalną na mojej ukochanej prowincji. Szok był pozytywno-negatywny. Pozytywny dlatego, że oto dowiedziałam się, że matka dwójki dzieci może wyglądać jak Anja Rubik. Negatywny, bo pani Ola zawsze była kobietą słusznej postury. Pulchna broń Boże nie była, ale nosiła w pełni zasłużoną przy jej wzroście czterdziestkę. Teraz skurczyła się do rozmiaru 32, jeśli istnieje takowy. Nie mogłam oprzeć się refleksji, że szoł biznes jest jak rak, który żre ludzi od środka.

- Warszawa zobowiązuje - powiedziała smętnie pani Beatka.
- Rok spędziłam w Warszawie i ważyłam 10 kg mniej niż teraz - powiedziałam równie smętnie ja.
- Szkoda, że Warszawa nie działa tak na mnie - powiedział równie smętnie pan Zbyszek. 

Szok drugi dotyczył zmysłu słuchu. Młodzież  śpiewała z reguły dobrze, ale to, CO śpiewała, urągało wszystkiemu. 45 uczestników śpiewających po 2 piosenki wkładało wszystkie swoje umiejętności i całe swoje serce w to, by wzruszyć i porwac jury, a wspomagali się w tym najniższymi chwytami - piosenkami o samobójstwach z miłości. Po 4 godzinach atmosfera była tak depresyjna i tak gęsta, że nie potrzebowałabym statywu - mogłam spokojnie powiesić aparat w gęstym od potu, łez i krwii powietrzu.

Krótko mówiąc. On ją bił i pił ale ona popełniła dla niego samobójstywo z miłości, a jeśli cudem przeżyła to po to, by wyśpiewać mu, że pragnie być cieniem jego psa, byle tylko pozwolił jej być przy sobie, ten włoski amoroso co wolał Amerykankę. Po 2 kategoriach cierpiałam na kilka poważnych tików nerwowych, a po powrocie do domu - wstyd przyznać - poryczałam się jak bóbr. 

Nic dziwnego, że grand prix zdobyła piosenka o toksycznej niani, z trzeciej kategorii. Toksyny pasowały do nastroju jak ulał. 

Szok trzeci dotyczył zmysłu smaku. Dobrego smaku. Część uczestników przebierała się, mniej lub bardziej udanie, w stroje "z epoki". Czesć ubierała się po prostu elegancko. Część miała na sobie za małe buty i za dużą sukienkę, lub odwrotnie, a dużej częsci nie jestem w stanie sklasyfikować nawet w kwestii tego, czy był to kostium, czy ubranie. Przed następną edycją obowiązkowe konsultacje ze stylistą.


Nasza uzdolniona polska młodzież zakwaterowana została w internacie dla niepełnosprawnych, na koszt organizatorów. Prawdopodobnie, uzdolniona polska młodzież nie załapała, że na korytarzach jest monitoring, oraz że ze względu na bezpieczeństwo nie do końca sprawnych podopiecznych, w tzw kapciorce dyżuruje nauczyciel.  Los chciał, że tego dnia dyżur pełnił Swój Człowiek. Swój Człowiek po zakończeniu imprezy zeznał, że to, co widział, było nieźle skonstruowanym filmem pornograficznym, a zniszczenia i rzygowiny sprzątnął razem z podopiecznymi z rana, nie chcąc, by tak niesympatycznie zakończyła się współpraca między festiwalem a internatem.  

Mamcia, wzruszona tyleż co wkurzona, zaprosiła Swego Człowieka na okazanie - jako że każdemu uczestnikowi zrobiłam zdjęcie, Swój Człowiek mógł skutecznie odnaleźć winowajców. Teraz tylko czekamy, aż pojawią się na następnej imprezie.


muncia | 2009-11-27 | skomentuj
rites de passage

Listopad miesiącem przemian.

Mój ojciec przestał być abstynentem, ja poszłam do kosmetyczki, a Dziadzia do nie-gejowskiej sauny.

życie jest pełne niespodzianek.
muncia | 2009-11-11 | skomentuj
.

Oczywiście już mi przeszło, ale nie usunę tamtej notki, bo jest zbyt zabawna.

Choć tak na marginesie, to parę osób faktycznie wypieprzyłam ostatnio z komórki.

muncia | 2009-11-10 | skomentuj
świat zmierza ku zagładzie

Generalnie świat działa tak.

Jeden typ mężczyzn poluje na mamuty. Ponieważ upolowanie mamuta wymaga pewnej biegłości, pierwszych parę  lat prób uwieńczonych jest fiaskiem. Przez ten czas mężczyzna żyje na garnuszku kobiety, która karmi go zebranymi przez siebie korzonkami (wkrótce, zapewne z nudów, kobieta wynajdzie rolnictwo, ale to potem). W końcu mężczyźnie udaje się upolować mamuta. Doszedłszy do wniosku, że jest już biegłym myśliwym, uznaje, że nikogo w życiu nie potrzebuje i odchdzi wraz ze swoim mamutem w siną dal, wcześnej - rzecz jasna - odwdzięczając się kobiecie za opiekę - ważąc w duchu korzonki uznaje, że i tak były niedosmażone, poza tym jako niskoenergetyczne warte są najwyżej pół trąby.


Drugi gatunek mężczyzn siedzi w jaskini i zadowala się malowaniem mamutów na skałach oraz kontemplacją ich. Takiego kijem nie wygonisz, żeby poszedł upolować kreta albo wiewiórkę.

Trzeci typ, pośredni, ponoć istnieje, ale nie spotkałam.

Sęk w tym, że ani jeden ani drugi nie nadaje się do wychowywania potomstwa i jest kobiecie na chuj, pun intented, potrzebny.

Ludzkie młode ma zbyt wielką głowę, odruch chwytny Robinsona w zaniku i na dodatek straciło w toku ewolucji (o ile można to tak nazwać) chwytność stopy. Nie utrzyma się matki. By prowadzić skuteczny chów człowiekowatych potrzebne są dwie pary rąk, i to jest właśnie główna pomyłka ewolucji.


Nie mam za złe mężczyznom, że lubią mamuty. O gustach, jak to mówią, się nie dyskutuje. Mam za złe matce naturze, że pozbawiła moje potencjalne młode przeciwtawnego palca u stopy.

Problem dałby się rozwiazać, gdyby ludzie żyli w dużych, ścisłych skupiskach. Wielkich rodzinach. Komunach. Niestety, jakoś nie chcą. Nikt mnie nie słucha, kiedy mówię, że to jedyna Słuszna Droga. Powinnam zostac prorokiem.

Jestem zła na siebie. Za to, że uwierzyłam, że ludzie potrafią stać się rodziną z wyboru. Że ludzie mogą na siebie liczyć. Że wystarczy powiedzieć: tak, będe o ciebie dbać, bo jesteś dla mnie cenny. I że do tego nie potrzeba więzów krwii ani papierów cywilnych. Wydawało mi się to takie logiczne, takie oczywiste. Wydawalo mi się, że mamy to zapisane w naszej biologii, zakodowane w genach. Przeciez tylko tak może przetrwać gatunek. Gdybyśmy mieli być samotnikami, jak żaby, nasze młode od razu umiałyby pływać. I miałyby ogonki. Wydawało mi się, że troska o siebie nawzajem jest podstawowym prawem natury.


Dwie osoby wyciągnęłam z załamania nerwowego. Takiego prawdziwego, godzin spędzonych na telefonie, kiedy ktoś miał doła, nie liczę.  Zarywałam zajęcia, bankrutowałam na telefonach. Kiedy trzeba było wypłakać się po byłym, dowiedzieć się, co oznacza skrót 1Kor albo sprawdzic pracę zaliczeniową, szło się do mnie. Kiedy znalazłam gotówkę na ulicy, kupiłam przyjaciołom obiad. Trochę śmieszne, że pamiętam o tym w tej chwili.

Ale kiedy sama mialam załamanie nerwowe, kiedy wrócilam na psychotropy, uodporniłam się na relanium, stilnox żarłam jak miętówki, gryzłam z rozpaczy własne ręce i bałam się wracać do własnego domu, nagle nie było nikogo.

Nie chodzi nawet o to, że ktoś się na mnie wypiął. Ludzie rzadko wypinają się wprost. Większość nie dopuściła do świadomości, że jest ze mną naprawdę źle i zwyczajnie poszła sobie, bo miała dość mojego zrzędzenia. Rozumiem, że byłam średnio ciekawym parterem do rozmowy, ale na litość boską, większość z nich  też nie jest Seneką.



popularny rysunek z groty skalnej w lascaux. Na pierwszym planie, prawdopodobnie dorysowany później, srający nosorożec. W głębi szaman z głową ptaka i fiutkiem w zwodzie, przydeptany przez bawoła, któremu wyciekają flaki.


muncia | 2009-11-10 | skomentuj
plusy mieszkania samemu.



1. można o 23.35 zrobić sobie popkorn i nikt na ciebie nie klnie
2. można śmierdzieć
3. można oglądać tvn 24 i nikt cię nie wyzywa
4. można przypalić piwo
5. można pójść samemu na imprezę nie tłumacząc się z tego

Można też co prawda umrzeć zaksztusiwszy się popkornem i przypalonym grzańcem oglądając o 12 w nocy tvn 24 i przez tydzień nikt cię nie znajdzie, ale załóżmy, że to się nie wydarzy.


muncia | 2009-11-07 | skomentuj
robienia sobie wrogów ciąg dalszy

Internet pełen jest idiotów. Media elektroniczne mają tą wadę, że weryfikują zdolności komunikacyjne człowieka wolniej, niż tradycyjne. Większość idiotów nie zdołałaby się z tobą skomunikować tradycyjnymi metodami. A internetem dają radę.

Zakładają, na przykład, sklep internetowy. Wysyłam więc ofertę ze zdjęciami ubrań w załączniku, z ich (szczegółowym) opisem zawierającym rozmiarówkę i rodzaj tkaniny w osobnym pliku, i grzecznie pytam, czy s&p jest zainteresowane współpracą. Odpisuje mi miła pani, stwierdzająca, że owszem, czemu nie. Pytam więc, co w związku z tym. A pani na to, że musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia ponownie. Pani milczy 3 miesiące. Pytam czy jest zainteresowana w dalszym ciągu, a ona, że chętnie, ale musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia po raz trzeci. W końcu udaje mi się ustalić, że koordynatorka jednego z największych w polsce  sklepu internetowego nie potrafi otworzyć winzipa. Wysyłam zdjęcia pojedynczo, razem z polikem zaiwerający (szczegółowy) opis. W mailu zwrotnym pani pyta, z jakiej tkaniny są ubrania. Kopiuję więc opis i wklejam w treść maila. Pani nie odpisuje. Pół roku później ponawiam próbę pisząc do samej szefowej, wysyłając zdjęcia i (szczegółowy) opis w załączniku. Pani odpisała, że chętnie, ale musi zobaczyć zdjęcia. Wysyłam więc zdjęcia załączone pojedynczo, a opis wklejam w treść maila. Pani, jak się słusznie domyślacie pyta o rozmiarówkę i - o zgrozo - o zdjęcia. Wysyłam je więc ponownie ze (szczegółowym) opisem, na zdjęciach getry, sukienki wieczorowe i podkoszulki. A pani pyta, czy mamy coś pret-a-porter. Odpisałam, że haute couture nie prowadzimy i chyba ją obraziłam, bo już nie odpisała.

Część sklepów internetowych nie odpisuje w ogóle, i tym jestem wdzięczna. Nie marnują mojego czasu.


Albo bulvar pl, który wyszedł z propozycją współpracy barterowej. Barter - czyli - wymiana. Ja coś daję, ty coś dajesz. Zaproponowałam, że jako zapalony i siedzący w branzy tekściarz dostarczę im z 5 tekstów na różne, co ważne, tematy. A oni zpytali, co z tego będą mieli.


Zdarzają się też detaliści-utopiści, którzy mailowy komunikat "uszyjemy dla państwa sklepu kilka egzemplarzy" odczytują jako "zostanie dla państwa zaprojektowana osobna kolekcja, na wyłączność państwa sklepu".  Oj, mówię wam, jaka potem była zabawa.  Słowo pisane jest medium dalece niedoskonałym.


Ogólnie rzecz biorąc tęsknię za czasami, kiedy interesy załatwiało się przy kawie. Co ja gadam. Przecież niecierpię kawy.
muncia | 2009-11-06 | skomentuj
są 2 możliwości


albo szlag trafił licznik odwiedzin, albo coś pomieszało się w googlach i mój blog wyswietla się po wpisaniu hasła "bezrobocie strukturalne".

muncia | 2009-11-06 | skomentuj
tak, tak
tak tak, kajam się i o wybaczenie proszę.

Nigdy nie byłam szczególnie dobrze zorganizowana, poza tym, jestem leniwa. I tak to cud, że zrobiłam takie piorunujące postępy w swoim życiu:
1. nie wpadam już w histerię częściej niż raz na 2 tygodnie.
2. przygotowuję reguralnie 6 wykładów tygodniowo
3. maluję paznokcie
4. zapisałam się do kosmetyczki O.O
5. Poszłam na halloween, grałam w bilard i tym razem udało mi się nie rzucić kijem.

czy wobec tak piorunujących postępów, można wymagać jeszcze ode mnie, bym pamiętała o aktualizacji bloga? Cały zapas bycia dowciapnym, mądrym zgrabnym i powabnym wykorzystuję przy studentach.
muncia | 2009-11-05 | skomentuj
jak stworzyć coś z niczego


Ostatnio przeżyłam swój malutki triumfik. Mianowicie udało mi się wmówić ludziom, że przedstawienie 12 ledwie zdjęć z jednej ledwie sesji prezentującej 8 ledwie strojów na jednej ledwie modelce, jest gleboko przemyślanym zamysłem, a nie pieczeniem trzech pieczeni na jednym ogniu. Wystawa prezentuje projekty Małolata w obiektywie O.

Chciałam zrobić mini-wystawkę zdjęć O., głównie, żeby pokazać temu nierobowi, z jaką łatwością można to zrobić.  Wystarczy znaleść odpowiednio zmotywowaną siłę roboczą ;p  Zaprzęgłam więc do roboty Małolata, mówiąc mu, że przecież to głównie jego wystawa. I w dwa dni wystawa była zrobiona. Małolat zadowolony, ja zadowolona, O. nie marudzi. Pozostało mi tylko wyjaśnić zgromadzonej publiczności (sporej, większej nawet, niż się spodziewałam), że nazwanie wystawki zdjęć wystawą projektanta, było jak najbardziej świadome i celowe. Khem Khem.


Sesja zdjęciowa przypomina plan filmowy. Tak, jak film, zdjęcie ma trzech zasadniczych twórców - projektanta, fotografa i modelkę. Projektant, odpowiednik scenarzysty, dostarcza materiału, na którym pracuje fotograf-reżyser. Tak, jak scenarzysta, projektant może więc albo poddać się wizji fotografa, albo próbować przeforsować własną.

Ponieważ żadne dzieło nigdy nie powstaje w próżni, tworząc kolekcję, projektant świadomie czy nie, umieszcza ją w określonym kontekście, wśród własnych skojarzeń, wspomnień i emocji. Fotograf, który dostając w swoje ręce ubrania najczęściej otrzymuje wraz z nimi jedynie strzępek kontekstu, zwykle buduje w oparciu o nie własną historię, i to ją chce opowiedzieć zdjęciem. Zdjęcie zawsze jest więc wynikiem pewnej małej wojny między znaczeniami nadanymi kolekcji przez projektanta i przez fotografa.

Modelka, jeśli jest dobrą aktorką, potrafi wejść w rolę, jaką nada jej reżyser-fotograf. Jeśli jest słabą aktorką, z sesji nic nie wyjdzie. Najpiękniejsza dziewczyna, pozbawiona zdolności aktorskich, nigdy nie zostanie profesjonalną modelką. Każda sesja zdjęciowa wymaga bowiem umiejętności pokazania ciałem tego, czego oczekują od modelki twórcy. Dziewczyna staje się elementem większej całości i od jej osobowości zależy, czy doda zdjęciu własnych znaczeń. Do dyspozycji ma ograniczone środki wyrazu - swoją mimikę, swoje ciało, spojrzenie. By grać bez słowa i ruchu, potrzebuje, bardziej niż aktorka, pełnej wiedzy i pełnej kontroli nad każdym milimetrem kwadratowym swojego ciała. Modelki nie mające tej umiejętności mogą - dzięki określonemu typowi urody i określonym nawykom prezentowania ciała - dobrze zagrać te role, które odpowiadają ich naturalnej postaci. Ale tylko prawdziwie utalentowana dziewczyna wcieli się w każdą postać, którą będzie miała zagrać.

Dopiero owocna współpraca albo równie owocna wojna między tymi trzema pozwoli stworzyć dobre zdjęcie.

podpisano
Muncia Zła
kurator wystawy




Wystawa wczoraj powinna zostać zdjęta, ale kierownictwo nie chce jej oddać. Używa jej do deprymowania Wrogów. Zapadła więc decyzja, że przewieszona zostanie jedynie w inne miejsce.


muncia | 2009-11-05 | skomentuj
;F

muncia | 2009-11-02 | skomentuj


Lista ludzi, którym ja kiedykolwiek pomogłam, i lista ludzi, którzy mi kiedykolwiek pomogli, ma najwyżej 10% punktów wspólnych.

Są to, oczywiście, bardzo ważne punkty wspólne. Większość listy zajmują swoimi grubymi dupami M. i O. Niemniej jednak, nawet kiedy uzna się mój wkład w korektę cudzych magisterek i tym samym dopisze się na listę kościstą dupę robalową (robaczaną?), to jest to lista bardzo krótka.

Z drugiej strony, trzeba przyznać, że to bezinteresowna pomoc smakuje najlepiej. Oczywiście, pod warunkiem, że jest się tej pomocy biorcą ;F 

żebym tak jeszcze nauczyła się bezinteresownie dawać. Nie marnowałabym dziś czasu na plucie emocjonalnym jadem na ludzi, którzy pięć lat temu kilka miesięcy żyli z mojej krwawicy.
 
muncia | 2009-10-27 | skomentuj
the best of


Miniony tydzień minął pod hasłem wykorzystywania iluzji optycznych w dizajnie i komunikacji wizualnej. Medale otrzymują:


1. reklama środka na pchły na podlodze centrum handlowego




2. superchłonna podpaska w umywalce






3. najseksowniejsze pięty świata


muncia | 2009-10-25 | skomentuj



księga gości


2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
2008
grudzień
październik
wrzesień




Liczniki