|2012-01-24 01:06:24 | .

 

 

 A w tej bibliotece czytałam m. in. artykuł Ireny Turnau zatytuowany "Moda a odzież", z roku 74, w którym stało im. in, że granica mody jest użyteczność. Autorka twierdzi, że być może powstało wiele butów, w których da się przejsc kilka kroków zaledwie, ale nikt nigdy nie zrobił buta, w którym nie da się chodzić. 

 

Więc, polemizowałabym.

 

***

 

Artshoe czyli but artystyczny, Ivan Rodriquez, 2005

 

Francisco Borras, 1989

 

Za dwa poniższe odpowiedzialna jest esther calvo

 

 

Szklany pantofelek Martina Margieli:

oraz słynny but prczyklajeny do stopy modelki taśmą.

 

W ogóle, zabawnie się czyta teksty o modzie z lat siedemdzieisątych. Człowiek nie wie, czy traktowac je jak tekst współczesny, czy jak źródło historyczne. 

 

 

 





|skomentuj (1) |

|2012-01-21 22:46:28 | .

Robię się ostatnio zbyt odpowiedzialna społecznie.


zbyt... belfrowska.

Na przykład, siedzę sobie w kawiarni w Starym Browarze, a tu 40 studentów zacina się w automatycznych drzwiach obrotowych. Zamiast, jak wszyscy dookoła, zignorować ten fakt, ja zrywam się z krzesła i zaczynam krzyczeć do nich, że mają tych cholernych drzwi nie pchać, bo one własnie przez to się zablokowały. 

Udzielam porad obcym ludziom. Włączam  się w życie społeczne. 

Zgroza. 

Wymyśliłam, że w sumie mogłabym zostać posłem. Dobrze płacą. Mam już pomysł na pierwszy performance. 


Byłam w Poznaniu w bibliotece na Ratajczaka, po 3 latach przerwy. Nadal panuje tam ten idiotyczny przepis, że na teren biblioteki (nie tylko do czytelni, ale na cały teren - do holu głownego, do toalety, do punktu informacyjnego) nie wolno wejść z torebką. Trzeba ją zostawić w szatni. Ktokolwiek wymyślał ten przepis, był mężczyzną. Każda kobieta wie bowiem, że istnieją w życiu takie sytuacje, w których posiadanie (nieprzezroczystej) torebki związane jest... z szeroko pojętym dobrem publicznym.

Seriously, my, kobiety, miewamy sytuacje (średnio raz w miesiacu) w których krwawimy z otworu między nogami jak zarzynane zwierzę.  Pro publico bono staramy się zatrzymać ten fakt dla siebie. W tym celu czasem przydaje się posiadanie nieprzezroczystej torebki. Pomijając, że nie każdy ma dość pewności siebie, by nosić pod pachą w miejscu publicznym  napoczętą paczkę podpasek, bywają różne inne... wypadki. 


A tak poważnie, przepis pozbawiający człowieka możliwości pójscia z własną torebką do toalety, jest przynajmniej zbędny. W skrajnych sutacjach można go odczytywać jako naruszenie prywtaności (student, osoba młoda, 20letnia, czasem nawet wrażliwa, często dziecinna, zmuszona jest do noszenia w przezroczystym worku sanitariatów i lekarstw. Nie każdy musi wiedzieć, że ktoś aktualnie łyka Prozac albo że smaruje się maścią o nazwie Świerzbix).    

Więc, mam pomysł na performance polegający na chodzeniu po gmachu Biblioteki Głownej Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu z zakrawionymi majtkami w ręku. Mam też pomysł na transparent:   


POZBAWIONA TOREBKI = POZBAWIONA GODNOŚCI


super się nadaje na hasło wyborcze. 

Ciekawe, czy przyjęliby mnie po tym jako honorowego członka do ruchu Palikota. 


***

muszę skończyć Dynastię zanim zamkną youtube. Jeszcze dwa sezony... dam rade.





|skomentuj (0) |

|2012-01-16 16:41:44 | w ramach bulwersu spowodowanego grzywną nałożoną na Dodę za obraze uczuć religijnych

Dla nieuświadomionych: Doda zostala właśnie skazana na 5 tyś zł grzywny za stwierdzenie, że autorzy Biblii nie byli do końca trzeźwi.

Na litość Boską. Nie wiem, co pili poszczególni autorzy Biblii, czy tylko wodę, czy mleko kozie, czy alkohol ze sfermentowanej manny. Mojżesz zapewne dostęp miał tylko do tego ostatniego, ale król Salomon, zdaje się, dysponował reguralnym winem. Okolicznosci powstawania Biblii nigdy jakoś nie znalazły się w kręgu moich zainteresowań, choć Biblię samą w sobie przeczytałam - nie chwaląc się - całą - i to mimo bardzo, bardzo głębokiego religijnego indyferentyzmu (od 2003 jest na to nowe słowo. APATEIZM). 

Niemniej, każdy religioznawca przyzna, że wszelkie metody osiągania "innych stanów świadomosci" były, na pewnym etapie rozwoju kultury, praktykowane jak świat długi i szeroki. Nie ma się czego wstydzić - upieranie się, że w tamtych czasach niczego nie pili i niczego nie palili, jest jak zapieranie się przez wegetarian, że Jezus był wegetarianinem.

Najbardziej śmieszy mnie argument sądu, że Doda - >>jako osoba wykształcona - rozumiała znaczenie swoich słów i "celowo nadaje im obraźliwą treść"<<.  Wnisek z tego, ze w tym kraju każdy ma obowiązek znać się na teorii chrześcijaństwa. Aż dziw, że nie ma tego przedmiotu na maturze. Komunikat ten wydano po tym, jak piosenkarka stwierdziła, na swoje usprawidliwienie, że wino na pewno "było mszalne".  Mojżesz się w grobie przewraca, a Chrystus by się przewracał, gdyby nie zmartwychwstał. Msza, moi drodzy, jest formą ceremonii religijnej ustanowionej przez Chrystusa na ostatniej wieczerzy ("to czyńcie na moją pamiątkę"), dobre 2 tysiące lat po powstaniu Pięcioksięgu. W czasach postawania Biblii wino mogło co najwyżej być ofiarne. Na miejscu obrońcy, użyłabym tego argumentu (dowodzacego, że Doda wbrew opinii sądu wcale a wcale na chrześcijaństwie się nie zna) podczas apelacji. Może zadziała. Ostacznie w tych okolicznosciach, wszystko jest możliwe.


Muszę szybko napisać cos głupiego. ostatnio za bardzo szpanuję elokwencją.




|skomentuj (2) |

|2012-01-15 18:43:21 | .





"You will therefore be taken to the Dune Sea and cast into the pit of Carkoon, the nesting place of the all-powerful Sarlacc. In his belly, you will find a new definition of pain and suffering as you are slowly digested over a thousand years"


(Prawdopodobnie tylko mnie to śmieszy. Bo jesli ktoś czyta blog o modzie to przecież nie dla cytatow z gwiezdnych wojen.)








|skomentuj (2) |

|2012-01-07 00:01:51 | istota statystycznie istotna


Jak zawsze po świętach, wanna obstawiona jest luksusowymi prezentami, począwszy od mydelniczki, poprzez 3 rodzaje soli do kąpieli, aż po mydlane konfetii w formie kwiatków. To stary polski świąteczny obyczaj. Sama rok temu kupiłam kulki do kąpieli ludziom, którzy mają prysznic. 

Wchodzę więc do wanny pełnej wody pożółkłej od jednej z licznych soli i postanawiam użyć tych dziwacznych mydlanych kwiatków. Sensu ich istnienia nie pojmuję, no ale, w ramach ekologii stosowanej, trzeba je wszak zużyć. W końcu to mydło. By je wyprodukować trzeba bylo zabic jakąś krowę albo przynajmniej jakiś kokos (btw, czy weganie kontrolują, z kogo/czego są mydła, których używają? I czy ów kokos upadł z palmy śmiercią naturalną?). Kolorowe kwiatki są właściwie wielkimi, płaskimi kawałkami mydla, które po zetknięciu z wodą zamienia się w klejąca się do skóry (i siebie nawzajem) maź. Te rożowe, gdy przykleją się do mojej skóry, nadają mi wygląd ofiary gorączki krwotocznej. Te czerwone, gdy zlepią się ze sobą, unoszą się w wodzie niczym fragmenty endometrium (jeśli nie wiesz co to, nie sprawdzaj). To tyle jeśli chodzi o podarowanie sobie odrobiny luksusu. 

Zasadniczo, nie ma czegoś takiego, jak luksus dla mas. W definicji luksusu jest dostępność dla nielicznych, chyba, że definicję tę tworzy Marc Jacobs usilujący uzasadnić wysyp tanich portfeli Louis Vuitton sprzedawanych na lotniskach ("To przebrzmiała definicja. Według mnie luksus polega na robieniu tego, co nam samym sprawia przyjemność". Nonsens).  Mnie na prawdziwy luksus nie stać, nie na codzień w każdym razie. Ale są rzeczy, na ktorych nie oszczędzam:  perfumy, buty, torebki i staniki. Płatki mydlane nie zostaną dopisane do listy.

Jako, że od 2 lat znowu mieszkam z rodzicami, nie płacę za czynsz i rzadko kupuję jedzenie, liczba perfum, par butów, torebek i staników, z których każde warte jest pół mojej pensji, jest stosunkowo duża. Piszę o tym, ponieważ jakiś czas temu Dana Thomas, autorka ksiażki "deluxe", uświadomiła mi, że należę do istotnej statystycznie grupy kobiet (tuż przed lub tuż po trzydziestce, niezamężne, mieszkają z rodzinami, więc nie wydają na czynsz, kredyt i dzieciaka), znanej w socjologii jako "pasożytnicze niezależne" (super). Stanowią one tak duży odsetek odbiorców dóbr luksusowych, że Chanel czy Armani uwzględniaja je jako osobną grupę docelową. 

No cóż. Zawsze chciałam być istotna statystycznie. 

Choć to, na co mnie stać, to i tak luksus połowiczny. Albo, wręcz, promilowy. Prawdziwy luksus byłby wtedy, gdybyś nie zastanawiała się, którą torebkę wybrać, bo nie potrzebowałabyś torebki - powiedział mi 4 lata temu Maldoror (mam tę drobną słabość, zbyt dobrą pamięć. "To dobrze - powiedział Maldoror  w kwietniu zeszłego roku. - Ja zapominam, co mówię, nim skończę zdanie".) . Tak luksus rozumiano przed demokracją, a w każdym razie, przed recesją - kiedy ktoś odbiera za ciebie komórkę i nosi za tobą twoją chusteczkę do nosa. Kiedy nie musisz dostosowywać typu butów do stanu chodnika, bo dla specjalnie ciebie zrobią nowy.


Od przyszłego tygodnia oficjalnie przestanę być statystycznie istotna. Tak się składa, że się wyprowadzam. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że moja półka z butami warta jest półtorej pralki.

A ja mam trzy takie półki.







|skomentuj (2) |

|2012-01-01 23:01:06 | .

Z postanowień noworocznych:

Zawsze przed malowaniem paznokci sprawdzać, czy w domu jest zmywacz. 

Niedopełnienie tej czynności w moim przypadku powoduje zwykle, że przy malowaniu paznokci na bordowo wyglądam, jakbym gołymi rękoma pomagała wydrapać Edmuntowi Dantes drogę na wolność.






|skomentuj (1) |

|2011-12-26 21:09:59 | .

Nie ma świąt bez kłótni rodzinnej. Poklociliśmy się więc. O to, w jakiej kolejności należy oglądać Gwiezdne Wojny. Dobrze, że przynajmniej było to coś istotnego, a nie upadek euro, rola Kościoła w życiu publicznym, czy prawdziwość narodzenia Jezusa.

Jedynym slusznym porządkiem, według którego należy Gwiezdne Wojny oglądać, jest kolejność 4-5-6-1-2-3. Kto uważa, i publicznie twierdzi, że jest inaczej, popełnia herezję i winien być wykluczony ze wspólnoty wiernych.

Dostałam pod choinkę blendę o wymiarach  90x180 cm. Jest większa ode mnie, szersza od drzwi wejściowych, zajmuje 2/3 mojego pokoju, a otwierając ją, strąciłam ze ściany mozaikę po prababci, przedstawiajacą ikonę Matki Boskiej częstochowskiej, wiszącą metr nade mną. Jedyne studio fotograficzne, do jakiego mam nieograniczony dostęp, ma wymiary porównywalne z tą blendą, co w znaczacy sposób utrudniłoby jej użycie. W ciągu ostatniego roku używałam tego studia do, kolejno: sfotografowania rzeczy na allegro, sfotografowania pocztówek, wykonania lookbooku kolekcji dyplomowej studentki, sfotografowania tkanin przywiezionych z Kenii (przyklejonych taśmą dwustronną do tła) oraz 3 uszytych z nich sukienek. Niemniej, cieszę się, że Mikołaj widzi przede mną jakąś fotograficzną przyszłość. 

A propos fotograficznej przyszłości. 12-go otwieram swoją fotograficzną wystawę zdjęć reportażowych z kilku, a szumnie mówiąc kilkunastu pokazów mody, głównie od zaplecza. Wplątało się też, jak mi się zdaje, jedno zdjęcie kandydatki na miss pomorza zachodniego, spacerującej na próbę po wybiegu. Ale jest stosunkowo ładna, jak na miss, więc została.  Nie jestem fanką organizowania wystaw, ale muszę odświeżyc CV. Wpisami innymi, niż "mam zajebiste galerie na facebooku".










|skomentuj (3) |

|2011-12-20 15:56:09 | .

 

 

Nairobi. "Wygłaszanie kazań w tym autobusie zabronione".

 

 

święte słowa.





|skomentuj (0) |

|2011-12-20 11:43:44 | nie na temat

 

 Kilka dni temu kupka neutrin pokonała odległosć kilku tysięcy kilometrów w tempie szybszym niż światło. Fakt ten, jeśli się potwierdzi, zdezaktualizuje wszystkie założenia Einsteina. Tymczasem, został wciśnięty w telewizji między relację z sejmu i reportaż o karpiu.  

 

Zawsze mnie niepokoiła ta sprawa z prędkością światła. Może nie wiecie, ale Einstein uznał, że jest ona nieprzekraczalna. Oznacza to, krótko mówiąc, że jeśli chodzi o podróże kosmiczne, jesteśmy w ciemnej dupie, upupieni na naszej planecie, bez szans na wydostanie się poza układ słoneczny z prędkością równą warp 1, nie wspomnając o warp 4. Oznacza to też, że nie przyleci do nas nigdy żaden kosmita, no, chyba że żyje 2000 lat i może poświęcić 800 na podróż.  Einstein dowiódł też, że podróż kosmiczna jest zasadniczo podróżą w jedną stronę, dla astronauty jedyny możliwy powrót byłby Powrotem na Planetę Małp (dylatacja czasu). Jeśli chodzi o loty w przestrzeń kosmiczną, jedynie Mars jest dla nas osiągalny. Zrównoważony rozwój polegający na budowie coraz lepszych, coraz szybszych silników według znanych technologii, nigdzie dalej nas nie zabierze - by odkryć metodę podróży międzygwiezdnych potrzebny jest prawdziwy przełom w fizyce, porównywalny do galieuszowskiego. 

Nie wkurza was to - że jesteśmy przykuci łańcuchem do tej części wszechświata? Myślę, że wielu ludzi wkurza, stąd taka poularność we współczesnej fizyce wszelkich poszukiwań tuneli podprzestrzennych, zakrzywień przestrzeni i innych zostawionych przez Einsteina furtek. 

Nie będę mieć karpia na święta. Uznałam, że na stole wigilijnym powinno znaleść się niewiele więcej żarcia niż przy zwykłej kolacji. To bez sensu - głoszę - najpierw 2 dni się męczyć gotując, potem 2 dni się męczyć jedząc, a na koniec 2 tygodnie się męczyć odchudzając. Bez sensu.

- Dlatego się nie odchudzam - stwierdza moja ciotka.

Nie gotuję, więc mam czas rozważać, co się stanie z postrzeganiem czasu, jeśli neutrina pokonały prędkość światła. O ile pożyteczniej.

 

Wzrok mi siada. Czas do okulisty. 





|skomentuj (1) |

|2011-12-13 21:07:27 | .

Mam mieszane uczucia co do zatrudniania w roli modelek dziewczyn, które nie pozbyły się jeszcze wszystkich mlecznych zębów. Jakaś część mnie krzyczy, że ich miejsce jest na trzepaku. Że odbiera im się "dzieciństwo". Z drugiej strony, sama wygłaszam tyrady na temat tego, że dzieciństwo jest wszak zjawiskiem pozornym, wymyślonym przez ludzi na potrzebę ludzi, i jeśli ludzie twierdzą, że im się ono znudziło, to mają prawo z niego zrezygnować. 

Wspominałam już chyba kiedyś, że dzieciństwo jest swego rodzaju kulturowym wynalazkiem, a nie wymogiem biologicznym. W czasach, w których większość ludzi nie umiała pisać, a odpowiedzialność za siebie była ograniczona decyzjami starszyzny rodowej - nawet dorośli synowie słuchali swoich ojców i byli posłuszni ich woli - młody człowiek stawał się niemal pełnoprawnym członkiem społeczeństwa w chwili, w której nauczył się mówić. Wyodrębnienie dzieciństwa jako osobnego okresu między niemowlęctwem  - rozciagniętym mniej więcej do 4 roku życia (ang. infancy),  a dorosłością stało się potrzebne, kiedy powyższy system zaczął się robić nieaktualny.  John Locke ze swoimi "myślami o wychowaniu" dopiero w 17 wieku dał podstawę pod dzieciństwio rozumiane współcześnie.

Niektórzy twierdzą, że dzieciństwo też wkrótce stanie się nieaktualne, że zapotrzebowanie na nie się kończy (są to zazwyczaj filozofowie z nurtu mówiącego, że kończy się wszystko, na czele z filozofią, ale dajmy im szanse). Ich zdaniem rozmywa się ono wśród piętnastolatków zarabiajacych grube pieniądze i trzydziestolatków na garnuszku rodziców.

W dzisiejszych czasach dzieciństwo niektórych trwa lat 8, a innych 28. Sama z resztą łapię się na tym, że kiedy robię zajęcia dla 19latków, traktuję ich jak dzieci, a kiedy robię sesję zdjęciową z 17letnią modelką, oczekuję, że będzie zachowywać się jak dorosła.

Więc, zatrudnianie tych dziewczynek nie powinno mnie dziwić. Wcale a wcale. A jednak dziwi. Może dlatego usiłuję przekonywać samą siebie dalej:

Mieszkańcy Nowej Irlandii (Papua-Nowa Gwinea) wieszają dorastajace dziewczęta w zaciemnionych klatkach kilka metrów nad ziemią. Mieszkańcy Europy Zachodniej, wieszają je na bilbordach nad ulicami miast. Obie kultury robią to z tego samego powodu - wierzą, że dziewczyna na granicy kobiecości dysponuje niezwykłą mocą. Z tym, że Polinezyjczycy uważają, że moc ta jest niebezpieczna dla bliźnich, a Europejczycy, że jest dźwignią handlu. Co kraj to obyczaj, jak to mówią. Jeśli Bóg istnieje, z jego punktu widzenia poziom sensowności obu tych działań jest pewnie zbliżony.

 

  




|skomentuj (1) |

|2011-12-05 11:50:33 | .


Raz na czas zdarza mi się, że przyjdzie do mnie jakiś dziewiętnastolatek z teczką rysunków (albo bez) i zapyta, co zrobić, żeby zostać Wielkim Projektantem. Nie mam zbyt szerokich możliwosci w tej kwestii, ale te, które mam, i tak są większe niż przeciętnego dziewiętnastolatka z teczką rysunków (albo bez). Poza tym, mieszanie się w życie bliźnich jest jednym z moich ulubionych hobby.

Odpowiadam zwykle, że młody zdolny powinien uszyć to, co narysował, następnie, jeśli będzie to dobre, sfotografuję to na modelce na tle ściany i przypomnę o swoim istnieniu tych kilku fotografom, których znam albo kiedyś znałam. Znajdę kogoś, kto zgodzi się zrobić im zdjęcia i, jeśli będą dość dobre, załatwię publikację na 2 portalach o modzie. Następnie zainteresujemy tymi publikacjami blogerów, następnie cykl powtórzymy, w między czasie zaliczając konkursy i kolejnych fotografów. Za rok  Młody Zdolny ma szanse być rozpoznawalny w  sieci. Jak widać, Młody Zdolny musi tylko i wyłącznie dostarczyć ciuchy i nie stawiać oporu, resztę, w swojej łaskawości, dostarczam na tacy. Młody zdolny z wdzięcznością zgarnia rysunki do teczki, i wychodzi składając w drodze do drzwi solenne obietnice wzięcia się do roboty.

 

I zwykle tyle go widzę.

 

  Munciowy Inkubator Przedsiębiorczości Przymusowej odniósł ostatnio jeden skromny sukces - udało mi się zmusić (to słowo-klucz) bardzo-zdolnego-studenta do przyniesienia swojej biżuterii na sesję testową agencji modelek. Zaowocowało to dwoma zapytaniami o cenę i możliwość złożenia zamówienia, ale tego mu jeszcze nie powiedziałam, bo trzeci tydzień z rzędu nie przychodzi na zajęcia.

 


W miarę dobrze natomiast idzie mi indoktrynacja pewnej studentki zaocznej, nazwijmy ją Magdą, cierpiącą na przypadłość o nazwie "nadprecyzyjność". Magda niczym żywy ploter potrafi wyciąć z papieru pająka z nóżkami szerokości półtora milimetra, każdą taką samą. Swój talent jak dotąd wykorzystywała do produkowania kartek pocztowych, a że, jak wiadomo, na kartce pocztowej nie da się zarobić więcej niż 10 zł (a i to pod warunkiem, że twórca nie ma kończyn lub cierpi na poważną dysfunkcję mózgu), stawka godzinowa Magdy de facto równała się stawce przeciętnego szanującego się Chińczyka. Po roku indoktrynacji udało mi się przekonać Magdę, by wzięła się za produkcję dóbr luksusowych, biżuterii czy kostiumów, po pierwsze dlatego, że to daje możliwość wyrobienia sobie marki i sprzedawania produktów po coraz wyższej cenie (ergo zarabiania tyle samo parcując coraz mniej lub zarabiania coraz więcej pracując tyle samo), po drugie dlatego, że z takim portfolio można zatrudnić się w firmie produkującej biżuterię lub projektującej ciuchy. Manufaktury produkujące kartki pocztowe, z tego, co wiem, zatrudniają tylko ludzi bez rąk (więc to nawet nie tyle manu- co pedifaktury).

Magda dała się przekonać i od 3 tygodni zajmujemy się produkcją papierowych cudeniek, mających służyć za podstawę portfolio przyszłej gwiazdy. Co z tego będzie, jeszcze nie wiem, ale wygląda to dobrze. Celem zdobycia surowca splądrowałyśmy śmietnik lokalnego drukarza. Prócz tony znajomitego papieru do użytku wtórnego stałam się dzięki temu szczęśliwą posiadaczką wielkiej naklejki z napisem Pussy Wagon.

Jaka szkoda, że właśnie sprzedałam samochód.

 

 






|skomentuj (0) |

|2011-11-29 23:59:20 | piękno nieistniejącej łyżki


Pięć lat studiowania historii i na ostatnim semestrze dowiedziałam się, że historia nie istnieje.


Jestem, ku swojej własnej rozpaczy, produktem postmodernizmu, zjawiska, które nie tylko pozbawiło ludzkość wiary w jakąkolwiek stałość i podważyło obiektywność wszelkich istniejących definicji, ale nie jest nawet w stanie stworzyć spójnej i jednoznacznej definicji siebie samego. Postmodernizm głosi jedynie serię upadków: wiary, człowieka, sztuki i kultury, filozofii, nie dając w zamian nic poza coraz bardziej łapczywym pragnieniem nowości. Uważa, że nowe jest z definicji lepsze, nakazuje nam zmieniać garderobę co 3 miesiące, komórki co pół roku, idee co tydzień.

Współcześni humaniści skazani są więc na stawianie tez o tym, że nie da się postawić niepodważalnych tez oraz pisanie doktoratów o tym, że nie można ufać słowu pisanemu.  A ja, pisząc te słowa, znakomicie wpisuję się w powyższy trend. Krytykowanie postmodernizmu jest bowiem najlepszą metodą, by zostać uznanym za jego przedstawiciela.

  Powiem szczerze, XX-wiecznej filozofi nie rozumiem i nawet wikipedia nie pomaga. Wiem tylko, że depreconuje dawne odpowiedzi na odwieczne pytania, które z resztą też deprecjonuje; nie daje w zamian ani nowych odpowiedzi, ani nawet nowych pytań, ostatecznie zostawiając człowieka z tekstem o tym, że nie można ufać tekstom, napisanym w języku, ktory wszak nas oszukuje i umieszczonym w bibliotece w dziale z filozofią, która na dobrą sprawę nie istnieje (podsumowując: there's no spoon).


  Zakładam, że statystyczny czytelnik bloga jest równie postmodernistyczny jak ja (zapewne zdziwi się tym faktem równie mocno, co bohater Moliera, który dowiedział się, że całe życie mówił prozą). Mój statystyczny czytelnik być może poczuje się więc zaskoczony, kiedy powiem, że bywało inaczej. Bywały czasy, w których ludzkość zasadniczo wierzyła w sens, spójność i jedność otaczającego nas świata. Cudownie było wierzyć - więcej niż wierzyć, wiedzieć - że świat jest taki, jaki być powinien, a jego poszczególne elementy nie są ze sobą sprzeczne (nawet słowo ”kosmos” po grecku oznacza ”porządek”).  


Dlatego Platon, nie będąc idiotą, mógł stwierdzić, że  piękno = dobro. Arystoteles mógł definiować piękno jako coś, co ”będąc dobrem, jest przyjemne”. Było w tych ludziach zakorzenione  przekonanie, że człowiek instynktownie pożąda dobra, jeśli więc pożąda też piękna, to piękno musi być dobrem. Castilgione nazywał piękno świętym.


  Ponieważ świat był taki, jaki być powinien, zaprojektowany w każdym szczególe z matematyczną precyzją, a przede wszystkim, w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, piękno dawało się zdefiniować w sposób formalny i obiektywny. Pitagorejczycy zauważyli, że najlepiej współbrzmią ze sobą struny, których proporcje długości mają się do siebie jak liczby całkowite (1:2, 2:3 i tak dalej). Teorię tę rozszerzyli - najpierw oni, potem ich następcy - na sąsiednie dziedziny, a potem na piękno w ogole. Uznano, że piękno polega na harmoni, ta zaś - na odpowieniej proporcji części. Dało się wyrazić liczbowo. Matematycznie. Schematycznie. Poliklet dowodził, że najpiękniejsi ludzie mają głowę wielkości dokładnie 1/8 ciala (”kanon” znaczy ”miara”), Galen udowadniał, że ramię dłogości 3 dłoni jest ładniejsze niż dlugości 3 i pól dłoni, Witruwiusz wpisał czlowieka w kwadrat i koło, a Augustyn pisał, że trójkąty równoboczne są piękniejsze niż rożnoboczne.

Potem, Castilgione pisał, że ”jedynie z rzadka w pięknym ciele zamieszkuje zła dusza”, a Bacon, że ”ludzie zniekształceni są (jak mówi Pismo) pozbawieni naturalnych uczuć”. Przez przeszło dwa tysiące lat dobre księżniczki były piękne, a złe - brzydkie. Świat był prosty.

W XVIII wieku artysta i anatom Petrus Camper opracował urządzenie do mierzenia profilów twarzy. Jedną pozorna linię prowadził od ucha do warg, a drugą od najbardziej wysuniętego punktu czola do najbardziej wysuniętego punktu górnej szczęki. Zauważył, że im większy kąt, tym piękniejszy - w opini jego i jemu współczesnych - profil. Najmniejszy kąt miały bowiem orangutany, a największy - greckie posągi - z Afrykanami, Azjatami i innymi ludźmi mającymi pecha nie urodzić się starożytnymi Grekami po drodze. Tą samą metodą wykonywał pomiary szwajcarski pastor nazwiskiem Johann Caspar Lavater. Tym razem przegląd zazynał się od żaby a kończył na Apollinie Belwederskim. Ofiarą Lavatera o maly włos nie stał sie Darwin, bowiem kapitan ”powątpiewał, czy ktokolwiek z nosem takim jak mój może mieć wystarczająco duzo energii i determinacji, by odbyć taką podróż” (z pamiętnika Darwina).



Nie jestem dobra w pisaniu zakończeń. Pointy na dziś brak, wątek zapewne będzie kontynuowany.

Dobranoc.





|skomentuj (5) |

|2011-11-25 13:20:11 | .

Nie wiem, czemu w perfumeriach panie ekspedientki zawsze tak ochoczo zaczepiają klientów. Czy chodzi o skrępowanie tych, którzy zamierzają się tylko popsikać i wyjść, czy naprawdę te biedne kobiety zmuszane do pracy w funkcji specjalisty olfaktoryki i kasjerki jednocześnie są w stanie pomóc w doborze czegoś tak subiektywnego, jak zapach. Ostatnio w Seforze pani ekspedientka zapytała mnie, czy może w czymś pomóc, a ja pomyślałam, że może jednak, coś mi doradzi, i poprosiłam o perfumy o zapachu zasmrodzonego miasta. Pani zbladła, ale stanęła na wysokości zadania. Dzięki niej jestem obecnie właścicielką perfum marki Eisenberg o nazwie "So french", które moim zdaniem naprawdę pachną kurzem. Choć moja mama twierdzi, że uryną.

Zapach to dziwne zjawisko. Powszechnie wiadomo, że zapach fiołków i gówna to ta sama substancja chemiczna, tylko w innym natężeniu. Piżmo - wiadomo, pochodzi z gruczołów okołoodbytniczych. Kiedy byłam w Kenii maldoror zawracał mi głowę niejakim cywetem, wydzieliną okołoodbytniczą pewnego afrykańskiego ssaka wielkości kota. Niestety, nie był do kupienia w supermarkecie, a nie miałam jaj, żeby pójść na rynek. Ambra, inny popularny składnik perfum, to wydzielina z przewodu pokarmowego kaszalota, powstająca prawdopodobnie w wyniku niestrawności. Skoro jesteśmy skłonni psikać się wymiocinami walenia, to i uryna by mnie nie zdziwiła. 


Perfumy o zapachu kurzu chwilowo mnie zaspokoiły, ale w najbliższym czasie planuję kupić te o zapachu smoły, produkcji Comme des Garcons. Uzależnienie od tego typu zapachów to najtrwalszy ślad w psychice, jaki pozostawiła we mnie Afryka. Nairobi pachnie bowiem dymem, produkowanym przez niewyobrażalną liczbę samochodów pozbawionych tłumików (a także desek rozdzielczych, pasów, świateł czy widoczności przez tylną szybę, zaklejoną wielkim Jezusem). Wieś afrykańska też pachnie dymem, pochodzącym z palonych plastikowych butelek, puszek i kart pre-paid. Dwa metry od drzwi do naszego domu znajdował się wylot szamba, zasłonięty drewnianymi drzwiczkami stanowiącymi czysto wirtualną barierę dla zapachu, o szparach tej szerokości, że dałoby się wsunąć w nie dłoń. Z nieznanych przyczyn smród palonego plastiku okazał się tłumić smród szamba, stąd szybko stał się jednym z moich ulubionych zapachów. Do tego dochodził Piotrek, tarcza moja, której nie odstępowałam na krok. Działał jak typowy dwubiegunowy magnes - ode mnie odstraszał Kenijczyków, do siebie przyciągał Kenijki, dzięki czemu ja musiałam mierzyć się tylko z uważającymi mnie za atrakcję turystyczną dziećmi, co było relatywnie proste. Piotrek przez cały czas palił tanie miejscowe papierosy o nazwie SPORTMAN (sic). Po miesiącu zapach palących się substancji smolistych stał się dla mnie symbolem błogości, spokoju i bezpieczeństwa. Po powrocie doszłam do wniosku, że albo muszę zacząć palić, albo kupię sobie należycie śmierdzące perfumy.


A wracając do zatłoczonych ulic Nairobi. Podziwiam.






|skomentuj (1) |

|2011-11-24 16:28:30 | Steven maisel. Znajdź niepasujący element





wcale nie mam na myśli zabwaki, tylko brak dystorsji. Soczewka obiektywu, jako że jest okrągła, zakrzywia wszelkie linie proste. Powyższe zdjęcia, choć wyglądają niewinnie, są z gatunku "nigdy nie rób tego w domu", bowiem w zwykłych warunkach, przy zwykłym sprzęcie, wanna wybrzuszyłaby się, a kafelki zamieniły w trapezy. Erwin Olaf kazał budować sobie wielkie makiety tak zwanych zwykłych wnętrz, po to, by móc robic zdjęcia z odległości kilku metrów i w ten sposób  uniknąć dystorsji. Co robił Maisel, tego nie wiem, ale chciałabym tak umieć.



|skomentuj (0) |

|2011-11-21 16:26:31 | moje uszanowanie wielmożny panie baranie.

Ktoś mi ostatnio.....napisał.....że tekst mój uważa za znakomity...niemniej...są w nim trzy drobne, bardzo drobne (cytuję dosłownie) błędy... i życzy mi miłego szukania...

W odpowiedzi napisałam temu panu, że nieprawidłowo stosuje wielokropki i kontakt się urwał. 

Każdy ma prawo do swoich własnych natręctw. Moim są wielokropki. Wbrew nazwie, składają się one z trzech kropek, a nie dowolnej ich liczby. Stawia się je na końcu zdania w miejscach, w którym nie została dopowiedziana jakaś treść (i tylko tam), nie zaś wtedy, kiedy podmiot liryczny usiłuje brzmieć dramatycznie. A między ostatnią kropką a początkiem następnego zdania winna się znaleść spacja. Umberto Eco poświęcił kiedyś cały felieton wielokropkarzom. Da się go streścić w stwierdzeniu, że im więcej kropek, tym mniej wartościowy tekst.

Na mojej uczelni pewien profesor ma podobne natręctwo na punkcie słowa "prehistoria". Uważa, że powinno używać się "prahistoria". Poświęcił temu cały wykład na pierwszym roku. Kiedy siedem lat później weszłam na wydział, by poprosić poromotora o list polecający, rzeczony profesor spotkał mnie i odpytał z tego.

  Więc, rozumiem, że można mieć natręctwo. Ludzie mają różne: niektórzy na punkcie literówek, inni na punkcie polszczyzny potocznej.  Oba typy raz na czas odzywają się do mnie celem wypomnienia, że zapomniałam gdzieś wstawić kreskę nad "ś" albo coś w ten deseń.

 

Od pewnego czasu prowadzę dyskusję na temat wyrażenia "ubierać sukienkę", teoretycznie niepoprawnego. W połowie dyskusji dorzuciła głos inna osoba, w związku z tym czuję się w obowiązku odpowiedzieć publicznie.

W rzeczywistości wyrażenie to jest regionalizmem małopolskim (a w dobie internetu regionalizmy mają to do siebie, że się panoszą). Za to wyrażenie zastępcze "zakładać sukienkę", stosowane przez mądralińskich, którzy gdzieś usłyszeli, że nie mówi się "ubierać", jest według poradni językowej PWN,  stuprocentowym błędem. Powinno się, gwoli ścisłości, mówić "wkładać", ale tego dowiedziałam się niedawno. Efekt końcowy jest taki, że wysłałam do publikacji artykuł, w którym regionalizm poprawiłam na błąd, bo posłuchałam czyjejś rady.

Przez to zamieszanie zapewne "wkładać" wryło mi się w mózg na tyle głęboko, że zacznę go używać odruchowo, ale czy sprawa naprawdę jest tego warta?  Zbeształam na tym blogu sporo marek odzieżowych, używałam słów nieprzyzwoitych, opublikowałam bez pozwolenia masę zdjęć, wyjawiłam, że jeden z głównych projektantów awangardowych tego kraju spisuje inspiracje do kolekcji w łóżku na dzień przed pokazem, nazwałam Eve Minge kłamcą wierutnym i wygłaszałam tezy rasistowskie, a czytelnicy moi mają do powiedzenia tyle, że zrobiłam  jeden błąd gramatyczny? (Zapewne robię ich o wiele więcej, z tym, że inne są mniej popularne). Jeśli czytelnicy świadczą o blogu, powinno mnie to załamać.

Naprawdę nikt mi nie chce dowalić za rasizm? Naprawdę? No dalej! Marzę o polemice!

Język ma to do siebie, że jest żywy, kształtowany przez ludzi. Za mojego żywota  zmieniły się dwie rzeczy - pisownia "nie" z imiesłowami została ujednolicona, a wyrażenie "tu pisze" uznano za poprawne. Poprawność jest zatem kwestią arbitralnego uznania pewnego grona ludzi. Zasadniczo więc zanim komukolwiek przyjdzie do głowy skrytykować kogokolwiek, powinien najpierw sprawdzić, czy nie wyszło w tej kwestii nowe rozporządzenie. A nóż wyszło właśnie wczoraj. 


Tytuł notki pochodzi z felietonu Sapkowskiego traktującego o literówkach. Sapkowski pisał w nim coś o stukaniu w klawiaturę z prędkością (i dźwiękiem) karabinu maszynowego. Porównanie, które mnie szczerze ujęło, bo właśnie taki dźwięk zwykle wydaje moja klawiatura. Treść da się ująć w zdanu: nie robi literówek ten, kto nie pisze.

 





|skomentuj (2) |



























2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
2008
październik
wrzesień



wszyscy-krewni-i-znajomi
foto.3n.com.pl
Maldoror
Dziadzia
Oleg-Olga




Kontakt
Liczniki