|2012-04-28 11:00:19 | .

 

wynoszę się na własne:

www.nawrocka.fc.pl

 

;>





|skomentuj (0) |

|2012-03-29 23:36:37 | .

 

Jakoś ominęło mnie zamieszanie z Gagą imitującą Katarzynę Konieczkę (albo Konieczkę kopiującą Gagę, jak twierdzą niektórzy), ale moja znajoma uznała za stosowne zapoznać mnie z jego meritum ( http://www.ipla.tv/2012-03-25-gaga-kopiarka/vod-5512267 ). Wysłała mi też link do strony na facebooku, zbierającej głosy przeciwko tej złej, która skopiowała tę dobrą. Sęk w tym, że nie zdołałam się zorientować, którą z nich uważają tam za którą. Zarzuty formułowane na tej stronie były bowiem tak idiotyczne, że uznałam je za ironiczną prowokację. Jak się okazało, po raz kolejny nie doceniłam ludzkości.  

Postawmy sprawę jasno. Każdy, kto tworzy cokolwiek związanego ze sztuką nowoczesną, desigem lub modą, zna to uczucie, kiedy okazuje się, że ktoś gdzieś na świecie właśnie stworzył coś identycznego. Przecież nawet żarówka czy radio mają po kilku wynalazców. Dziesiątki razy znani mi projektanci żartowali, że Lagerfeld własnie ukradł im pomysł, który trzymają w szufladzie. Kiedy naszło mnie, by samemu uszyć sobie sukienkę na ślub mojej przyjaciółki, post factum sukienka okazała się być kopią sukienki Sylwi Rochali, we wszystkich szczegółach od koncepcji przez krój po kolorystykę. Nie przejmuj się - żartowała Sylwia - skoro Zara ze mnie zżyna, to czemu ty nie możesz. 

My, ludzie Zachodu, jesteśmy wychowywani w tej samej kulturze, oglądamy te same filmy, słuchamy tej samej muzyki i patrzymy na tych samych artystów. Na dodatek, mamy mózgi zbudowane z tych samych białek. Niby jak mielibyśmy NIE wpadać na zbliżone pomysły. 

  Całe zamieszanie uważam więc za bezsensowne, nie tylko dlatego, że Konieczka ma rację twierdząc, że nie do udowodnienia jest kto zerżnął z kogo (choć wiem, że jest jej bardzo, bardzo przykro, i rozumiem to), ale też dlatego, że sam pomysł "cyborgizacji" ludzkiego ciała jest nieoryginalny przynajmniej od czasów Robocopa. A ci, którzy gotowi są sobie krwii utoczyć w obronie oryginalności Gagi zapewne są zbyt młodzi, by pamiętać, że Aimee Mullins już w 1998 roku cyborgizowała się skuteczniej i to bez naklejania sobie fragmentów płytki rozdzielczej na brodę. To nie zarzut, to fakt. Żyjemy w epoce, która niewiele nowego jest w stanie wnieść w design i sztukę, w której wszystko jest re- albo post-.  Pogódźcie się z tym, albo wyemigrujcie na bezludną wyspę. Ale nawet w tym nie będziecie oryginalni.    

 

 

 

Współczesny artysta nie jest, i nie ma obowiązku bycia, wynalazcą. 

 

 

BTW. Czy nikomu nie przyszło do głowy, że ekipa Gagi zamówiła metalowe stroiki u Konieczki, obejrzała je, uznała, że są koncepcyjnie fajne, ale nie da się śpiewać z kawałkiem metalu rozsadzającym usta,  i inspirując się - przyznaję, dość mocno - zrobili podobne, ale inne?  Przecież tym się właśnie różnią wskazane stroiki, że w jednym da się udawać, na potrzeby teledysku, że się śpiewa - a w drugim, cóż. W drugim da się ślinić.

 

 

 

 





|skomentuj (0) |

|2012-03-10 17:13:52 | .

 

Odbędzie się w naszym mieście Pokaz Mody. Tak, tak to właśnie reklamują. Nad kinem wisi wielki baner z napisem POKAZ MODY, i dopiero jak człowiek podejdzie bliżej, doczyta drobnym  druczkiem, czyj pokaz. Niejakiej Magdaleny Buchałów, jeśli się nie mylę.

Kojarzy mi się to z końcem XIX wieku, kiedy to bywało, że do mieściny na prowincji zajeżdżał KINEMATOGRAF, gazety podawały, że będzie można zobaczyć KINEMATOGRAF, i ludzie stali w długich kolejkach.  Żeby zobaczyć KINEMATOGRAF - a to, co będzie ów kinematograf wyświetlał, miało znaczenie drugorzędne - ważne, że będzie wyświetlał. Tak samo tutaj - nie ważne, czyj pokaz, ważne że będzie pokaz. Organizatorzy pokładają najwyraźniej duże nadzieje w stopniu, w jakim nasze miasteczko spragnione jest Kultury, bowiem śpiewają sobie za wejście po 30 zł. To już nawet Fashionweek, odsądzony od czci i wiary za wprowadzenie "drakońskich" opłat, w przeliczeniu na pokaz wychodzi taniej.

Przeprowadziłam ostatnio rozmowę na temat kosztów życia w Warszawie i na Prowincji. Otóż, moim skromnym zdaniem, jesli pominąć czynsze, wcale się one tak od siebie nie różnią. Stacje paliw, Tesco, Lidl, H&M, Zara, Biedronka, czy Rossman mają ceny ogólnopolskie. (Pensje w budżetówce też są zresztą ogólnopolskie). Oczywiście, na prowincji łatwiej jest wydać mniej na benzynę, niższe są też koszty usług, ale to się wyrównuje, bo a) tu nie ma większości usług b) na benzynę wydajesz, kiedy jedziesz do najbliższego dużego miasta po wspomniane usługi.

- No tak - odparł mój rozmówca, - ale na prowincji piwo w pubach jest tańsze. - I był to dla mnie niestety argument nie do zbicia. Do tej pory. 

- No tak - będę mogła od dziś odpowiadać, - ale pokazy mody są droższe.

 

Kultura kosztować musi.

 





|skomentuj (2) |

|2012-03-01 14:17:43 | .

 

Dla tych, co mnie nie mają na facebooku, prezentuję wyczesane rękawiczki fotograficzne z cyklu BabciaDesign, z naturlanej wełny, z wolnym palcem do naciskania spustu migawki.

 

 

Co babcia to babcia jednak.

 

 A to główny efekt minionego pleneru fotograficznego. Ma na imię Regan. 

 

 

 

 

No i okazało się, że dziób, nawet wielkości ludzkiej dłoni,  to bardzo precyzyjne narzędzie. Można nim zdjąć okulary z nosa sokolnika, a sokolnik nadal ma oczy.

 

 





|skomentuj (0) |

|2012-02-23 18:52:36 | dobry dizajn winien być przyjazny dla otoczenia...

 

 

...a dobra typografia przyjazna dla oka.

 

 

 


1. Brak wcięcia akapitowego.
2. Nieczytelne dla daltonistów.
3. Oczy bolą.
4. Raptowna zmiana tła liter obniża czytelność tekstu i wpływa na komfort czytania.
5. Polacy nie gęsi, dolne cudzysłowy mają.
6. Literka „i” wsiąkła (szerokość spadów nieskonsultowna z drukarnią).
7. Brak równania do prawej.

Błędy interpunkcyjne pominę.

Szkoda, że fotografia nie oddaje w pełni koloru tych literek. Jest tak oczojebny, że odruchowo zmrużyłam oczy. Niemal świeci w ciemności.

Teoretycznie, nie powinno mnie to obchodzić. Co mnie interesuje, że śląski magazyn o designie popełnia rytualny mord na pojęciu projektowania graficznego. Z drugiej strony, próbowałam przeczytać ten artykuł, i rozbolała mnie głowa. Więc to jednak poniekąd moja sprawa.

Ich pewnie też uczyli, że by być projektantem nie trzeba umiejętności, wystarczy wyczucie estetyczne.

Podsumowując  ostatnio poruszone wątki: tam, gdzie "intuicja estetyczna" ceniona jest wyżej, niż rzemiosło -  tam boli głowa. 

 

 





|skomentuj (0) |

|2012-02-21 12:03:16 | głos wołającego na puszczy

 

***

- Czy ja mam szansę zostać uznanym projektantem? - pyta się tak zwany Młody mojej przyjaciółki.
- Wiesz, szczerze, masz szansę nauczyć się rzemiosła, ale wizjonerem nie jesteś.
- Aha. - Chwila ciszy. - A nie da się ze mnie zrobić wizjonera?

***

Dyskusja nad sensem i formą Fashioweeku przeniosła się na Ultrażurnal.pl ("w poszukiwaniu Izabeli Blow"). Więc tu dodam tylko to, co nie zmieściło się tam: prywatnie, rozmawiałam z kilkoma, czy może nawet kilkunastoma osobami na ten temat, analizując przyczyny i źródła problemu, następnie przyczyny źródeł, nastepnie źródła przyczyn tych przyczyn. Ściana, do której doszłam nazywa się EDUKACJA.  Wynalazek szatana, jak od lat twierdzi mama O., a to jest kobieta, z którą nie należy się nie zgadzać. Trenuje judo. 

 

***


Wraz z modą na modę narodziła się moda na bycie projektantem. Co piąty młody człowiek chce być nowym Mcqueenem, tak, jak kiedyś chciał być strażakiem. Ci, którzy nie dostają się na jedną z nielicznych polskich uczelni kształcących w tej dziedzinie, zasilają dwuletnie szkółki policealne, które opuszczają z umiejętnością owinięcia manekina w bandaż (co się nazywa poszukiwaniem formy albo ubiorem eksperymentalnym). Tymczasem, większe szanse zaistnienia mieliby bo zawodówce przyuczającej na szewca (są jeszcze takie?). Salvatore Ferragamo i Andree Perugia też byli szewcami. Gdyby żyli w dzisiejszych czasach, poszliby do Policealnej Szkoły Stylizacji Obuwia i potrafiliby posypać brokatem szpilki z Kazara.

 





|skomentuj (0) |

|2012-02-08 22:57:46 | ..

 

 

Pokaz Pauliny Plizgi był, moim zdaniem, koncepcyjnie najlepszym pokazem części Off na październikowym tygodniu mody w Łodzi. Skończona całość, w której fryzury pasują do makijaży, makijaże do muzyki, muzyka do butów (łososiowe baletki taneczne skustomizowane za pomocą 40 centymetrowego młotka), a całość do ubrań. Z drobną pomocą Kayi Kołodziejczyk odpowiedzialnej za choreografię i Maldororem wrzeszczącym na modelki na przymiarkach („No, po tym panu to się spodziewałam najgorszego” – mówi pani właścicielka), Paulina stworzyła widowisko na granicy perforemance, którego każdy element podkreśla charakter kolekcji. Ubrania, utrzymane w bieli, ecru, szarościach i beżach z niewielkim dodatkiem czerni, są bardzo subtelne, bardzo francuskie, bardzo delikatne i bardzo unikatowe.

 

 

reszta tam: http://ultrazurnal.pl/paulina-plizga-trendy-zostawiam-stylistom/





|skomentuj (0) |

|2012-01-21 22:46:28 | .
Robię się ostatnio zbyt odpowiedzialna społecznie.


zbyt... belfrowska.

Na przykład, siedzę sobie w kawiarni w Starym Browarze, a tu 40 studentów zacina się w automatycznych drzwiach obrotowych. Zamiast, jak wszyscy dookoła, zignorować ten fakt, ja zrywam się z krzesła i zaczynam krzyczeć do nich, że mają tych cholernych drzwi nie pchać, bo one właśnie przez to się zablokowały.

Udzielam porad obcym ludziom. Włączam się w życie społeczne.

Zgroza.

Wymyśliłam, że w sumie mogłabym zostać posłem. Dobrze płacą. Mam już pomysł na pierwszy performance.


Byłam w Poznaniu w bibliotece na Ratajczaka, po 3 latach przerwy. Nadal panuje tam ten idiotyczny przepis, że na teren biblioteki (nie tylko do czytelni, ale na cały teren - do holu głównego, do toalety, do punktu informacyjnego) nie wolno wejść z torebką. Trzeba ją zostawić w szatni. Ktokolwiek wymyślał ten przepis, był mężczyzną. Każda kobieta wie bowiem, że istnieją w życiu takie sytuacje, w których posiadanie (nieprzezroczystej) torebki związane jest... z szeroko pojętym dobrem publicznym.

Seriously, my, kobiety, miewamy sytuacje (średnio raz w miesiącu) w których krwawimy z otworu między nogami jak zarzynane zwierzę. Pro publico bono staramy się zatrzymać ten fakt dla siebie. W tym celu czasem przydaje się posiadanie nieprzezroczystej torebki. Pomijając, że nie każdy ma dość pewności siebie, by nosić pod pachą w miejscu publicznym napoczętą paczkę podpasek, bywają różne inne... wypadki.


A tak poważnie, przepis pozbawiający człowieka możliwości pójścia z własną torebką do toalety, jest przynajmniej zbędny. W skrajnych sytuacjach można go odczytywać jako naruszenie prywatności (student, osoba młoda, 20-letnia, czasem nawet wrażliwa, często dziecinna, zmuszona jest do noszenia w przezroczystym worku sanitariatów i lekarstw. Nie każdy musi wiedzieć, że ktoś aktualnie łyka Prozac albo że smaruje się maścią o nazwie Świerzbix).

Więc, mam pomysł na performance polegający na chodzeniu po gmachu Biblioteki Głównej Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu z zakrwawionymi majtkami w ręku. Mam też pomysł na transparent:


POZBAWIONA TOREBKI = POZBAWIONA GODNOŚCI


super się nadaje na hasło wyborcze.

Ciekawe, czy przyjęliby mnie po tym jako honorowego członka do ruchu Palikota.

***

 

 

 

 

A w tej bibliotece czytałam m. in. artykuł Ireny Turnau zatytuowany "Moda a odzież", z roku 74, w którym stało im. in, że granicą mody jest użyteczność. Autorka twierdzi, że być może powstało wiele butów, w których da się przejść kilka kroków zaledwie, ale nikt nigdy nie zrobił buta, w którym nie da się chodzić.  

 

Więc, polemizowałabym.

 

***

 

Artshoe czyli but artystyczny, Ivan Rodriquez, 2005

 

Francisco Borras, 1989

 

Za dwa poniższe odpowiedzialna jest Esther Calvo 

 

 

Szklany pantofelek Martina Margieli:

oraz słynny but przyklejany do stopy modelki taśmą. 

 

 

 

 


 





|skomentuj (2) |

|2012-01-15 18:43:21 | .





"You will therefore be taken to the Dune Sea and cast into the pit of Carkoon, the nesting place of the all-powerful Sarlacc. In his belly, you will find a new definition of pain and suffering as you are slowly digested over a thousand years"


(Prawdopodobnie tylko mnie to śmieszy. Bo jesli ktoś czyta blog o modzie to przecież nie dla cytatow z gwiezdnych wojen.)








|skomentuj (2) |

|2012-01-07 00:01:51 | istota statystycznie istotna



Jak zawsze po świętach, wanna obstawiona jest luksusowymi prezentami, począwszy od mydelniczki, poprzez 3 rodzaje soli do kąpieli, aż po mydlane konfetti w formie kwiatków. To stary polski świąteczny obyczaj. Sama rok temu kupiłam kulki do kąpieli ludziom, którzy mają prysznic.

Wchodzę więc do wanny pełnej wody pożółkłej od jednej z licznych soli i postanawiam użyć tych dziwacznych mydlanych kwiatków. Sensu ich istnienia nie pojmuję, no ale, w ramach ekologii stosowanej, trzeba je wszak zużyć. W końcu to mydło. By je wyprodukować trzeba było zabić jakąś krowę albo przynajmniej jakiś kokos (btw, czy weganie kontrolują, z kogo/czego są mydła, których używają? I czy ów kokos upadł z palmy śmiercią naturalną?). Kolorowe kwiatki są właściwie wielkimi, płaskimi kawałkami mydła, które po zetknięciu z wodą zamienia się w klejąca się do skóry (i siebie nawzajem) maź. Te różowe, gdy przykleją się do mojej skóry, nadają mi wygląd ofiary gorączki krwotocznej. Te czerwone, gdy zlepią się ze sobą, unoszą się w wodzie niczym fragmenty endometrium (jeśli nie wiesz co to, nie sprawdzaj). To tyle jeśli chodzi o podarowanie sobie odrobiny luksusu.

Zasadniczo, nie ma czegoś takiego, jak luksus dla mas. W definicji luksusu jest dostępność dla nielicznych, chyba, że definicję tę tworzy Marc Jacobs usiłujący uzasadnić wysyp tanich portfeli Louis Vuitton sprzedawanych na lotniskach ("To przebrzmiała definicja. Według mnie luksus polega na robieniu tego, co nam samym sprawia przyjemność". Nonsens). Mnie na prawdziwy luksus nie stać, nie na codzień w każdym razie. Ale są rzeczy, na których nie oszczędzam: perfumy, buty, torebki i staniki. Płatki mydlane nie zostaną dopisane do listy.

Jako, że od 2 lat znowu mieszkam z rodzicami, nie płacę za czynsz i rzadko kupuję jedzenie, liczba perfum, par butów, torebek i staników, z których każde warte jest pół mojej pensji, jest stosunkowo duża. Piszę o tym, ponieważ jakiś czas temu Dana Thomas, autorka książki "deluxe", uświadomiła mi, że należę do istotnej statystycznie grupy kobiet (tuż przed lub tuż po trzydziestce, niezamężne, mieszkają z rodzinami, więc nie wydają na czynsz, kredyt i dzieciaka), znanej w socjologii jako "pasożytnicze niezależne" (super). Stanowią one tak duży odsetek odbiorców dóbr luksusowych, że Chanel czy Armani uwzględniają je jako osobną grupę docelową.

No cóż. Zawsze chciałam być istotna statystycznie.

Choć to, na co mnie stać, to i tak luksus połowiczny. Albo, wręcz, promilowy. Prawdziwy luksus byłby wtedy, gdybyś nie zastanawiała się, którą torebkę wybrać, bo nie potrzebowałabyś torebki - powiedział mi 4 lata temu Maldoror (mam tę drobną słabość, zbyt dobrą pamięć. "To dobrze - powiedział Maldoror w kwietniu zeszłego roku. - Ja zapominam, co mówię, nim skończę zdanie.") . Tak luksus rozumiano przed demokracją, a w każdym razie, przed recesją - kiedy ktoś odbiera za ciebie komórkę i nosi za tobą twoją chusteczkę do nosa. Kiedy nie musisz dostosowywać typu butów do stanu chodnika, bo dla specjalnie ciebie zrobią nowy.


Od przyszłego tygodnia oficjalnie przestanę być statystycznie istotna. Tak się składa, że się wyprowadzam. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że moja półka z butami warta jest półtorej pralki.

A ja mam trzy takie półki.






|skomentuj (2) |

|2012-01-01 23:01:06 | .

Z postanowień noworocznych:

Zawsze przed malowaniem paznokci sprawdzać, czy w domu jest zmywacz. 

Niedopełnienie tej czynności w moim przypadku powoduje zwykle, że przy malowaniu paznokci na bordowo wyglądam, jakbym gołymi rękoma pomagała wydrapać Edmuntowi Dantes drogę na wolność.






|skomentuj (1) |

|2011-12-26 21:09:59 | .

Nie ma świąt bez kłótni rodzinnej. Pokłóciliśmy się więc. O to, w jakiej kolejności należy oglądać Gwiezdne Wojny. Dobrze, że przynajmniej było to coś istotnego, a nie upadek euro, rola Kościoła w życiu publicznym, czy prawdziwość narodzenia Jezusa.

Jedynym słusznym porządkiem, według którego należy Gwiezdne Wojny oglądać, jest kolejność 4-5-6-1-2-3. Kto uważa, i publicznie twierdzi, że jest inaczej, popełnia herezję i winien być wykluczony ze wspólnoty wiernych.

Dostałam pod choinkę blendę o wymiarach 90x180 cm. Jest większa ode mnie, szersza od drzwi wejściowych, zajmuje 2/3 mojego pokoju, a otwierając ją, strąciłam ze ściany mozaikę po prababci, przedstawiającą ikonę Matki Boskiej częstochowskiej, wiszącą metr nade mną. Jedyne studio fotograficzne, do jakiego mam nieograniczony dostęp, ma wymiary porównywalne z tą blendą, co w znaczący sposób utrudniłoby jej użycie. W ciągu ostatniego roku używałam tego studia do, kolejno: sfotografowania rzeczy na allegro, sfotografowania pocztówek, wykonania lookbooku kolekcji dyplomowej studentki, sfotografowania tkanin przywiezionych z Kenii (przyklejonych taśmą dwustronną do tła) oraz 3 uszytych z nich sukienek. Niemniej, cieszę się, że Mikołaj widzi przede mną jakąś fotograficzną przyszłość.

A propos fotograficznej przyszłości. 12-go otwieram swoją fotograficzną wystawę zdjęć reportażowych z kilku, a szumnie mówiąc kilkunastu pokazów mody, głównie od zaplecza. Wplątało się też, jak mi się zdaje, jedno zdjęcie kandydatki na Miss Pomorza Zachodniego, spacerującej na próbę po wybiegu. Ale jest stosunkowo ładna, jak na miss, więc została. Nie jestem fanką organizowania wystaw, ale muszę odświeżyć CV. Wpisami innymi, niż "mam zajebiste galerie na facebooku". 










|skomentuj (3) |

|2011-12-13 21:07:27 | .

Mam mieszane uczucia co do zatrudniania w roli modelek dziewczyn, które nie pozbyły się jeszcze wszystkich mlecznych zębów. Jakaś część mnie krzyczy, że ich miejsce jest na trzepaku. Że odbiera im się "dzieciństwo". Z drugiej strony, sama wygłaszam tyrady na temat tego, że dzieciństwo jest wszak zjawiskiem pozornym, wymyślonym przez ludzi na potrzebę ludzi, i jeśli ludzie twierdzą, że im się ono znudziło, to mają prawo z niego zrezygnować.

Wspominałam już chyba kiedyś, że dzieciństwo jest swego rodzaju kulturowym wynalazkiem, a nie wymogiem biologicznym. W czasach, w których większość ludzi nie umiała pisać, a odpowiedzialność za siebie była ograniczona decyzjami starszyzny rodowej - nawet dorośli synowie słuchali swoich ojców i byli posłuszni ich woli - młody człowiek stawał się niemal pełnoprawnym członkiem społeczeństwa w chwili, w której nauczył się mówić. Wyodrębnienie dzieciństwa jako osobnego okresu między niemowlęctwem - rozciągniętym mniej więcej do 4 roku życia (ang. infancy) - a dorosłością, stało się potrzebne, kiedy powyższy system zaczął się robić nieaktualny. John Locke ze swoimi "myślami o wychowaniu" dopiero w 17 wieku dał podstawę pod dzieciństwo rozumiane współcześnie.

Niektórzy twierdzą, że samo dzieciństwo też wkrótce stanie się nieaktualne, że zapotrzebowanie na nie się kończy (są to zazwyczaj filozofowie z nurtu mówiącego, że kończy się wszystko, na czele z filozofią, ale dajmy im szansę). Ich zdaniem rozmywa się ono wśród piętnastolatków zarabiających grube pieniądze i trzydziestolatków na garnuszku rodziców.

W dzisiejszych czasach dzieciństwo niektórych ludzi trwa lat 8, a innych 28. Sama z resztą łapię się na tym, że kiedy robię zajęcia dla 19latków, traktuję ich jak dzieci, a kiedy robię sesję zdjęciową z 17letnią modelką, oczekuję, że będzie zachowywać się jak dorosła.

***

Mieszkańcy Nowej Irlandii (Papua-Nowa Gwinea) wieszają dorastające dziewczęta w zaciemnionych klatkach kilka metrów nad ziemią. Mieszkańcy Europy Zachodniej, wieszają je na bilbordach nad ulicami miast. Obie kultury robią to z tego samego powodu - wierzą, że dziewczyna na granicy kobiecości dysponuje niezwykłą mocą. Z tym, że Polinezyjczycy uważają, że moc ta jest niebezpieczna dla bliźnich, a Europejczycy, że jest dźwignią handlu. Co kraj to obyczaj, jak to mówią. Z punktu widzenia absolutu poziom sensowności obu tych działań jest pewnie zbliżony.
 




|skomentuj (1) |

|2011-11-29 23:59:20 | piękno nieistniejącej łyżki


Pięć lat studiowania historii i na ostatnim semestrze dowiedziałam się, że historia nie istnieje.


 Jestem, ku swojej własnej rozpaczy, produktem postmodernizmu, zjawiska, które nie tylko pozbawiło ludzkość wiary w jakąkolwiek stałość i podważyło obiektywność wszelkich istniejących definicji, ale nie jest nawet w stanie stworzyć spójnej i jednoznacznej definicji siebie samego. Postmodernizm głosi jedynie serię upadków: wiary, człowieka, sztuki i kultury, filozofii, nie dając w zamian nic, poza coraz bardziej łapczywym pragnieniem nowości. Uważa, że nowe jest z definicji lepsze, nakazuje nam zmieniać garderobę co 3 miesiące, komórki co pół roku, idee co tydzień.

Współcześni humaniści skazani są więc na stawianie tez o tym, że nie da się postawić niepodważalnych tez oraz pisanie doktoratów o tym, że nie można ufać słowu pisanemu.  A ja, pisząc te słowa, znakomicie wpisuję się w powyższy trend. Krytykowanie postmodernizmu jest bowiem najlepszą metodą, by zostać uznanym za jego przedstawiciela.

Powiem szczerze, XX-wiecznej filozofi nie rozumiem i nawet wikipedia nie pomaga. Wiem tylko, że depreconuje dawne odpowiedzi na odwieczne pytania, które z resztą też deprecjonuje; nie daje w zamian ani nowych odpowiedzi, ani nawet nowych pytań, ostatecznie zostawiając człowieka z tekstem o tym, że nie można ufać tekstom, napisanym w języku, ktory wszak nas oszukuje i umieszczonym w bibliotece w dziale z filozofią, która na dobrą sprawę nie istnieje (podsumowując: there's no spoon).


Zakładam, że statystyczny czytelnik bloga jest równie postmodernistyczny jak ja (zapewne zdziwi się tym faktem równie mocno, co bohater Moliera, który dowiedział się, że całe życie mówił prozą). Mój statystyczny czytelnik być może poczuje się więc zaskoczony, kiedy powiem, że bywało inaczej. Bywały czasy, w których ludzkość zasadniczo wierzyła w sens, spójność i jedność otaczającego nas świata. Cudownie było wierzyć - więcej niż wierzyć, wiedzieć - że świat jest taki, jaki być powinien, a jego poszczególne elementy nie są ze sobą sprzeczne (nawet słowo ”kosmos” po grecku oznacza ”porządek”).  


Dlatego Platon, nie będąc idiotą, mógł stwierdzić, że  piękno = dobro. Arystoteles mógł definiować piękno jako coś, co ”będąc dobrem, jest przyjemne”. Było w tych ludziach zakorzenione  przekonanie, że człowiek instynktownie pożąda dobra, jeśli więc pożąda też piękna, to piękno musi być dobrem. Castilgione nazywał piękno świętym.


Ponieważ świat był taki, jaki być powinien, zaprojektowany w każdym szczególe z matematyczną precyzją, a przede wszystkim, w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, piękno dawało się zdefiniować w sposób formalny i obiektywny. Pitagorejczycy zauważyli, że najlepiej współbrzmią ze sobą struny, których proporcje długości mają się do siebie jak liczby całkowite (1:2, 2:3 i tak dalej). Teorię tę rozszerzyli - najpierw oni, potem ich następcy - na sąsiednie dziedziny, a potem na piękno w ogole. Uznano, że piękno polega na harmoni, ta zaś - na odpowieniej proporcji części. Dało się wyrazić liczbowo. Matematycznie. Schematycznie. Poliklet dowodził, że najpiękniejsi ludzie mają głowę wielkości dokładnie 1/8 ciala (”kanon” znaczy ”miara”), Galen udowadniał, że ramię dłogości 3 dłoni jest ładniejsze niż dlugości 3 i pól dłoni, Witruwiusz wpisał czlowieka w kwadrat i koło, a Augustyn pisał, że trójkąty równoboczne są piękniejsze niż rożnoboczne.

Potem, Castilgione pisał, że ”jedynie z rzadka w pięknym ciele zamieszkuje zła dusza”, a Bacon, że ”ludzie zniekształceni są (jak mówi Pismo) pozbawieni naturalnych uczuć”. Przez przeszło dwa tysiące lat dobre księżniczki były piękne, a złe - brzydkie. Świat był prosty.

W XVIII wieku artysta i anatom Petrus Camper opracował urządzenie do mierzenia profilów twarzy. Jedną pozorna linię prowadził od ucha do warg, a drugą od najbardziej wysuniętego punktu czola do najbardziej wysuniętego punktu górnej szczęki. Zauważył, że im większy kąt, tym piękniejszy - w opini jego i jemu współczesnych - profil. Najmniejszy kąt miały bowiem orangutany, a największy - greckie posągi - z Afrykanami, Azjatami i innymi ludźmi mającymi pecha nie urodzić się starożytnymi Grekami po drodze. Tą samą metodą wykonywał pomiary szwajcarski pastor nazwiskiem Johann Caspar Lavater. Tym razem przegląd zazynał się od żaby a kończył na Apollinie Belwederskim. Ofiarą Lavatera o maly włos nie stał sie Darwin, bowiem kapitan ”powątpiewał, czy ktokolwiek z nosem takim jak mój może mieć wystarczająco duzo energii i determinacji, by odbyć taką podróż” (z pamiętnika Darwina).



Nie jestem dobra w pisaniu zakończeń. Pointy na dziś brak, wątek zapewne będzie kontynuowany.

Dobranoc.





|skomentuj (5) |

|2011-11-25 13:20:11 | .

Nie wiem, czemu w perfumeriach panie ekspedientki zawsze tak ochoczo zaczepiają klientów. Czy chodzi o skrępowanie tych, którzy zamierzają się tylko popsikać i wyjść, czy naprawdę te biedne kobiety zmuszane do pracy w funkcji specjalisty olfaktoryki i kasjerki jednocześnie są w stanie pomóc w doborze czegoś tak subiektywnego, jak zapach. Ostatnio w Seforze pani ekspedientka zapytała mnie, czy może w czymś pomóc, a ja pomyślałam, że może jednak, coś mi doradzi, i poprosiłam o perfumy o zapachu zasmrodzonego miasta. Pani zbladła, ale stanęła na wysokości zadania. Dzięki niej jestem obecnie właścicielką perfum marki Eisenberg o nazwie "So french", które moim zdaniem naprawdę pachną kurzem. Choć moja mama twierdzi, że uryną.

Zapach to dziwne zjawisko. Powszechnie wiadomo, że zapach fiołków i gówna to ta sama substancja chemiczna, tylko w innym natężeniu. Piżmo - wiadomo, pochodzi z gruczołów okołoodbytniczych. Kiedy byłam w Kenii maldoror zawracał mi głowę niejakim cywetem, wydzieliną okołoodbytniczą pewnego afrykańskiego ssaka wielkości kota. Niestety, nie był do kupienia w supermarkecie, a nie miałam jaj, żeby pójść na rynek. Ambra, inny popularny składnik perfum, to wydzielina z przewodu pokarmowego kaszalota, powstająca prawdopodobnie w wyniku niestrawności. Skoro jesteśmy skłonni psikać się wymiocinami walenia, to i uryna by mnie nie zdziwiła. 


Perfumy o zapachu kurzu chwilowo mnie zaspokoiły, ale w najbliższym czasie planuję kupić te o zapachu smoły, produkcji Comme des Garcons. Uzależnienie od tego typu zapachów to najtrwalszy ślad w psychice, jaki pozostawiła we mnie Afryka. Nairobi pachnie bowiem dymem, produkowanym przez niewyobrażalną liczbę samochodów pozbawionych tłumików (a także desek rozdzielczych, pasów, świateł czy widoczności przez tylną szybę, zaklejoną wielkim Jezusem). Wieś afrykańska też pachnie dymem, pochodzącym z palonych plastikowych butelek, puszek i kart pre-paid. Dwa metry od drzwi do naszego domu znajdował się wylot szamba, zasłonięty drewnianymi drzwiczkami stanowiącymi czysto wirtualną barierę dla zapachu, o szparach tej szerokości, że dałoby się wsunąć w nie dłoń. Z nieznanych przyczyn smród palonego plastiku okazał się tłumić smród szamba, stąd szybko stał się jednym z moich ulubionych zapachów. Do tego dochodził Piotrek, tarcza moja, której nie odstępowałam na krok. Działał jak typowy dwubiegunowy magnes - ode mnie odstraszał Kenijczyków, do siebie przyciągał Kenijki, dzięki czemu ja musiałam mierzyć się tylko z uważającymi mnie za atrakcję turystyczną dziećmi, co było relatywnie proste. Piotrek przez cały czas palił tanie miejscowe papierosy o nazwie SPORTMAN (sic). Po miesiącu zapach palących się substancji smolistych stał się dla mnie symbolem błogości, spokoju i bezpieczeństwa. Po powrocie doszłam do wniosku, że albo muszę zacząć palić, albo kupię sobie należycie śmierdzące perfumy.


A wracając do zatłoczonych ulic Nairobi. Podziwiam.






|skomentuj (1) |



























2012
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
2008
październik
wrzesień



wszyscy-krewni-i-znajomi
foto.3n.com.pl
Maldoror
Dziadzia
Oleg-Olga




Kontakt
Liczniki